Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kraków. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kraków. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 września 2023

A gdzie pani mieszka?

 – A gdzie pani mieszka? Może miejsce powoduje chorobę? – pyta lekarka, pogłębiając wywiad. 

– Poza centrum, ale prawie całe życie mieszkałam na Kazimierzu, a wie pani, tam wilgoć, kamienie, ciasne, wybetonowane podwórka, samochody, nie to, co teraz, zieleń wokół, widok na park… 

– Ja to samo – przerywa – wychowałam się na rogu Alei, za dużo samochodów, za mało zieleni. Teraz mam zieleń, ale nie mam sąsiadów, bo trudno o sąsiadów, jak się mieszka na odludziu. Wie pani – śmieje się – tak teraz te mieszkania budują, że wchodzi się z klatki schodowej prosto do kuchni. Kupiliśmy więc dom, jak na Alejach kamienicznik podniósł czynsz. Nie robił remontów do tego, musieliśmy się wyprowadzić.

– Moi rodzice też się wyprowadzili z Kazimierza – komentuje pacjentka ze zrozumieniem w głosie – te same problemy, a przecież moja mama w tym mieszkaniu się urodziła. 

– Moja mama we Lwowie – lekarka dorzuca, kiwając głową. 


Kilkadziesiąt sekund rozmowy, może minuta, a dotknęły nie tylko większości problemów przeszłości polskiej ostatnich ponad stu lat, ale także tych, które gnębią nasze społeczeństwo dzisiaj. 

Na pytanie „Gdzie pani mieszka?” powinno się w naszym kraju odpowiadać „w przeszłości”. 



czwartek, 17 sierpnia 2023

Jak w niebie (gdzie są niegdysiejsze śniegi)

Przyjechali do Polski, a wyglądali, jakby wybrali się na Syberię, w samym środku zimy. 

Obaj mieli kurtki armii amerykańskiej, takie, jakie marines noszą w czasie ćwiczeń na Alasce. Kupili je specjalnie przed tym wyjazdem. W przedpokoju zdjęli buty, ocieplane prawdziwym futrem króliczym. Poprosili o herbatę. Po kilku łykach zaczęli się rozbierać. Na początek swetry – ciepłe szetlandy bez wzorów. Potem koszule flanelowe, które najpierw wyjęli ze spodni, potem rozpięli, a na końcu zdjęli. Spod koszul wyłoniły się identyczne koszulki z długim rękawem, z serii narciarskiej, ogrzewające i zakrywające nerki (także nowy zakup, specjalnie na przyjazd do Krakowa).

Pili herbatę i opowiadali, jak ciepło było w pociągu – nie do zniesienia – a przecież podróżowali międzynarodowym pociągiem, w międzynarodowej temperaturze, akuratnej – dziwiła się. Poprosili o ciasteczka – nie dostali, bo ciasteczek nie było. Następnego dnia przynieśli ciasteczka „do herbaty”. 

W końcu jeden z nich, odważniejszy chyba, powiedział, że czas na zdjęcie spodni. Drugi ochoczo się poderwał i rozpiął pasek, guziki rozporka. Obróciła głowę, bo mężczyzna zdejmujący spodnie to jednak intymna sytuacja. Gdy ponownie na nich spojrzała, stali naprzeciwko, jeden w różowych, drugi błękitnych kalesonach.

No, teraz mam szansę poczuć się jak w niebie – pomyślała i uśmiechnęła się. Mężczyzna w kalesonach, nawet różowych czy błękitnych, ma jednak niewiele wspólnego z aniołem.

Następnego dnia stopniał śnieg, przyszła typowa krakowska styczniowa odwilż i co śmielsze krakowianki chodziły w rozpiętych płaszczach, a romantyczni krakowianie sadzali je na ławkach nad Wisłą, żeby pod te płaszcze wkładać ręce. Gościom z Francji do końca pobytu nie udało się już założyć kalesonów. Nie zobaczyli także wymarzonych białych niedźwiedzi na ulicach Krakowa; najbliższy biały niedźwiedź okazał się dostępny dopiero w Zakopanem, dokąd wybrali się w poszukiwaniu chłodu, a gdzie znaleźli tylko niegdysiejsze śniegi. 




czwartek, 27 lipca 2023

Wybiórcza pamięć (ślizgawka)

Tego samego dnia, prawie trzydzieści lat temu, żegnała się z przyjaciółmi na Rynku. Najkrótszy dzień roku dawno temu się skończył, panował wieczny wieczór. Kierowała się na Dworzec Główny, towarzyszyła jej ostatnia z przyjaciółek. Szły z trudem: w południe, w marnym grudniowym słońcu, padał deszcz. Wieczorem wszystko, co napadało, zamarzło. Ulica Floriańska od początku do końca, od kościoła Mariackiego do Bramy Floriańskiej, była skuta lodem. Ślizgały się, chichocząc, piszcząc i krzycząc z radości. Na ulicy, poza nimi, nie było nikogo, wyjątkowy wieczór w Krakowie. Rozkładała ręce szeroko, jakby chciała objąć nimi coraz bliższą Bramę Floriańską. Przyjaciółka ślizgała się nieco ostrożniej. Obydwie były delikatnie oświetlane przez latarnie, blask rzucany przez nie na zamarzniętą taflę ulicy dodawał nastroju. 

Dobrze pamięta to światło, gładkość lodu, doskonale pamięta to uczucie, które pojawiało się, gdy ze śmiechem sunęła po lodzie, ale nie potrafi przypomnieć sobie, z którą przyjaciółką tak wyjątkowo się bawiły.

piątek, 9 czerwca 2023

Lokalnie, czyli na piechotę

Lubię chodzić. Iść na piechty, jak mawiała moja babcia. Na nogach – jak zwierzę – zatchnąłby się klasyk. A ja po prostu lubię chodzić – bliżej, dalej, po coś, po nic, dokądś, donikąd, z kimś, sama. Jeśli nie chodzę, to jadę rowerem, ale nie o rowerach tu będzie. 

Chodzenie ma jedną wadę i same zalety. Pochłania mianowicie bardzo dużo czasu. Po namyśle i napisaniu tych słów uznaję, że jest to jednak zaleta. Lubię więc iść, bez względu na to, ile to czasu zajmuje. Poza tym chodzenie jest zdrowe, sprzyja rozmyślaniu, można, idąc, słuchać książek lub ciekawych podcastów, można słuchać muzyki i iść w jej rytmu lub wbrew jej rytmowi, można też nie słuchać niczego, poza biciem własnego serca lub stukaniem obcasów o bruk.

Największą zaletą chodzenia jest jednak to, że chodzenie jest lokalne. Kiedyś mieszkałam na warszawskim Dolnym Mokotowie, „w centrum” – jak mi powiedziano. Jako krakowianka, przyzwyczajona, że centrum przemyka się na piechotę, wybrałam się tym sposobem z pracy – przy Placu Zamkowym – do domu. Po godzinie siadłam na ławce w Łazienkach, zmęczona, spocona, mając jeszcze cały park do przejścia, a jednocześnie szczęśliwa, że tyle przeszłam i jeszcze tyle drogi przede mną. Tego dnia zrozumiałam, że definicja „centrum” zależy od miasta i że w Warszawie do pracy raczej nie chodzi się na nogach, bo chodzenie jest lokalne.

Jeśli się założy, że wszystko, co powinno być potrzebne do życia, powinno również być w zasięgu nóg, świat staje się prostszy. Zaczynając od pracy: przejście z sypialni do biura zajmuje mi jakieś pięć sekund – bo pracuję zdalnie i komputer jest w sąsiednim pokoju. To, oczywiście, duże ułatwienie, nie każdy może sobie na to pozwolić, ale myślę, może naiwnie, że w tym kierunku, w wielu zawodach, zmierza świat. Jeszcze zresztą niedawno chodziłam do pracy, która po krótkiej analizie tras tramwajów okazała się położona bliżej na piechotę niż krakowskim zbiorkomem, a jeszcze bliżej na rowerze. To właśnie częściowo dzięki tej pracy pojawił się w naszej rodzinie nowy rower, e-Gazelle, i właśnie dlatego częściej jeżdżę, niż chodzę w ostatnich latach. 

Zakupy? Robię lokalnie: w sklepie niewielkopowierzchniowym za rogiem, a warzywa i owoce na stoisku nieopodal, zresztą tuż obok najbliższego przystanku tramwajowego. Znam całą obsługę, znam ich powtarzane wielokrotnie dowcipy i anegdoty, widzę, kiedy są w gorszym nastroju i pytam, czy wszystko w porządku i czy jakoś mogę wspomóc. To sklep sieciowy, a jednak jakiś taki... bliski. Lokalny. Aż dziw bierze, że nie można w nim kupować „na zeszyt”, bo taką mamy komitywę z państwem z obsługi, żeby gdyby zdarzyło mi się przyjść bez pieniędzy/bez karty, to mogłabym zapłacić „jutro”. No, niestety, nie mogę... Sieciówka to coś innego niż rodzinne sklepiki z mojego dzieciństwa. 

Lokalnie, na piechotę, chciałabym też chodzić po dobry chleb, ale, niestety, tego dobra w zasięgu moich nóg i możliwości czasowych nie ma. Jeździmy więc rowerem na starą „dzielnię” do piekarni, którą lubię od wielu, wielu lat, tradycyjnej, ciągle nieuginającej się potrzebom nowych ludzi. Żytni, żytni razowy i przede wszystkim fenomenalne sztangielki to podstawa naszego chlebożerstwa. Szczęśliwie znakomite lody mam za rogiem i bardzo często idę na nie piechotką albo wracając rowerem z bliższych czy dalszych wypraw, zajeżdżam. Nie muszę nawet mówić, jakie smaki zamawiam, bo „Pan od lodów” wszystkie moje ulubione smaki zna doskonale i potrafi je sam komponować dla mnie. 

Moje potrzeby ruchu zaspokajają dla mnie bulwary nadwiślańskie, które przemierzam na kijkach albo biegiem, a jeśli wyrośnie we mnie bardziej wyrafinowane pragnienie sportu, to lokalny klub gimnastyczny jest położony w odległości mniej niż kwadransa szybkim marszem. Basen całkiem niedawno wybudowano specjalnie dla mnie – odbieram to personalnie – trzeba „aż” przejść przez ulicę. Nawet na rower nie opłaca się wsiadać... Ale z „lokalnością” jest tak jak z definicją „centrum”: do pięciu przystanków jestem nadal na „mojej dzielni”, nadal jestem „lokalnie”.  


Gdy zapragnę wyjść do restauracji, mogę wybrać się do bistro niemal za rogiem – spacer dziesięciominutowy. Manicure i pedicure zrobię w odległości 5 minut od domu. Po przejściu niecałych 30 minut leniwym krokiem po bulwarach – lub przejeździe 7-minutowym plus zapięcie roweru – odwiedzę lekarza i dam sobie pobrać krew, która – uwierzcie mi! – po takim spacerze czy przejażdżce znacznie lepiej spływa do fiolek. A gdybyście wiedzieli, jak rośnie ciśnienie po lekkim wysiłku fizycznym w drodze do przychodni... Oh là là, zabroniono mi je nawet mierzyć od razu, kazano odczekać przynajmniej chwilę.

Dobra kultury? Księgarnię mam w internecie, a na koncerty czy do opery, no cóż, jadę rowerem lub tramwajem – nie można mieć lokalnie wszystkiego, choć „opera w każdej dzielnicy” brzmi jak miłe moim uszom hasło wyborcze. Moim lokalnym kinem jest spory multiplex, co poradzę na to, że poza tzw. ścisłym centrum nie ma kin studyjnych?

Tu jest chyba jedyny zgrzyt. Założenie, że poza centrum niektóre towary i usługi nie mają sensu.

Oceniam więc dostępność towarów i usług w minutach na nogach. Dobra – lokalna – odległość to kwadrans. Pół godziny jest akceptowalne. Pewnie, wzruszycie ramionami, samochodem pokonałabym tę trasę w pięć minut. A co jeśli deszcz pada? Olaboga! Wtedy moknę – jak zwierzę, by znowu przywołać klasyka, lub rozkładam parasol i mam deszcz także w nogach. A nawet czasem w butach. I co z tego?

Chodzenie ma wiele zalet i jedną wadę – jednak stwierdzam po napisaniu tego wszystkiego. Zbyt wiele przy chodzeniu się rozmyśla. Książka czasem mi ucieka, tracę wątek, bo rozkładam w myślach to, co ostatnio się wydarzyło lub to, nad czym w tej chwili pracuję. Czy dochodzę dokądś? Albo: czy dochodzę do czegoś? Nie wiem. W chodzeniu nie chodzi o to, by dojść, ale by iść.

Idźcie!

środa, 26 kwietnia 2017

Prawda tkwi we frytkach




Spacery na krakowskich Plantach we wczesnym dzieciństwie kojarzą mi się z wąchaniem. Szłam za rękę lub biegałam, węsząc jak tropiący pies. Szukałam śladu zapachu tłuszczu, starego, spalonego, zgęstniałego. Oznaczał frytkarnię. Byłam wtedy bardzo mała, miałam pewnie mniej niż cztery lata, gubiłam się na Plantach, nie umiałam zapamiętać, w którym dokładnie miejscu są kioski, w których pani w białym czepku łowi frytki metalowymi narzędziami w pryskającym tłuszczu. Bezbłędnie ten zapach wychwytywałam z oddali, zanim jeszcze kiosk można było dojrzeć pośród bujnej roślinności czy zza kop śniegu. Dostawałam moje dziesięć deko – w ten sposób nauczyłam się, że dziesięć deko równa się stu gramom – obficie posolone przez panią w okienku ze słoika, w którego pokrywce ktoś gwoźdźmi wybił dziurki.

Frytki były nierówne: jedne krótsze, drugie dłuższe, grubsze i chudsze, jedne bardziej, drugie mniej przysmażone, jeszcze inne wręcz spalone. Później, jako dorosła, dowiedziałam się, że to czarne, spalone w rozgrzanym tłuszczu, nazywa się akrylamid i przyczynia się do rozwoju nowotworów układu pokarmowego. Zimą tłuszcz na nich zastygał, latem szarobura papierowa torebka, w której je podawano, parzyła w palce. Za frytki dałabym się pokroić żywcem. Rytualne ich smażenie odbywało się w domu na Sylwestra. Czułam się taka dorosła, mogąc siedzieć z mamą, tatą, babcią do Nowego Roku przy frytkach, na które ziemniaki sama kroiłam. Tak nauczyłam się, skąd brały się raz krótkie, raz długie frytki.

Przyszło liceum i przyszedł do Krakowa McDonald's, a wraz z nim frytki równej długości i równej szczupłości. Smakowały mi średnio, przede wszystkim brakowało im tego zapachu starego tłuszczu, a zwłaszcza wywąchiwania w powietrzu jego śladów. Na frytki z McDonalds'a i innych amerykańskich, a potem już nie tylko amerykańskich garkuchni się nie czekało. Zresztą frytek, jak się dowiedziałam, nie robiło się już z ziemniaków, tylko z papki ziemniaczanej – tylko dlatego mogły być równej długości i szczupłości, a nawet karbowane. A ja godziny spędziłam, zastanawiając się, czy można byłoby kroić ziemniaki falowanym nożem i błagałam mamę, by z któregoś z filharmonicznych wyjazdów zagranicznych przywiozła mi falowany nóż do karbowanych frytek. Nikt już frytek nie kroił. Mrożone można było kupić w każdym sklepie – przestały być atrakcją spacerów i Sylwestra. Sam Sylwester zaś stał się obowiązkową imprezą, na której celem było chlanie, a nie obieranie, krojenie ziemniaków, smażenie, czekanie, smażenie, czekanie, jedzenie, smażenie, czekanie, smażenie... ech.

Wreszcie każda wizyta w Belgii stała się małym Sylwestrem. Pomyślałam: oto kraj dla mnie, kraj, w którym celebruje się frytki tak, jak im się to należy. Tak małym, jak i dużym, czasem krótkim, niekiedy długim, grubszym i chudszym, pełnym akrylamidu i nawet niedosmażonym oddaje się równą cześć, bo ziemniak na nią zasługuje. Obowiązkowy sos tartare, własnoręcznie kręcony majonez, a nade wszystko stek stały się najukochańszymi towarzyszami moich frytek idealnych. Ale ciągle myślałam, że to tylko moja obsesja, którą wyhodowałam na spacerach po krakowskich Plantach i która znalazła podatny grunt do rozwoju we Francji czy Belgii, po których miałam okazję się poniewierać. Wróciłam do tradycji: Sylwester to frytki. Ziemniaki się obiera, kroki, smaży, czeka, smaży, czeka, je i czeka (bo się trawi). Smaży, czeka, smaży, czeka, je i trawi.

Nagle frytki wróciły! Belgijskie frytki, w papierowych rożkach, z sosem tartare, przyprawami, chude, grube, krótkie i długie, różnorodne, wróciły. W byle burgerowni można je zamówić na talerzu, w byle kiosku dostać do ręki. Coraz mniej miejsc oferuje frytki sztuczne, z ziemniaczanej papki, krojone równo, by wszystkie wyglądały tak samo i smażyły się w równym tempie. Dzisiejsze modne frytki są znowu różnorodne, wróciły takie. Szkoda, że wraz z nimi powróciła moda na jednolitość, która z kolei odchodzi wraz z niedobrymi, sztucznymi, mrożonymi frytkami z torebki.

Bo na świecie wszystko wraca. Ołówkowe spódnice, spodnie do kolan, nawet długie włosy u poważnych mężczyzn. Wraca moda na różnorodność we frytkach, by ustąpiła moda na jednolitość w tych, którzy te frytki jedzą. Frytki długie, krótkie, chude i grube, przypalone i niedosmażone jedzą przedstawiciele idealnego narodu, jednolitego, zamieszkującego swe państwo, wyznającego jedną religię.

Może to idiotyczne porównywać sytuację na świecie do tego, jak zmieniały się frytki w moim życiu, ale trudne rzeczy potrzebują niekiedy prostego, a nawet prostackiego porównania, by je zrozumieć? Tak, jak odrzuciliśmy w pełni świadomie równoskrojone, sztuczne frytki z papki ziemniaczanej, tak i odrzućmy myśl o równoskrojonym, sztucznym społeczeństwie. Boję się jednak, że refleksja o różnorodności frytek lub o kulturze mono-pseudo-frytek to zbyt głęboka myśl dla wielu. I tego właśnie się boję, bo jeśli ponad frytki nie da rady ktoś się wznieść, to co dopiero marzyć, by podjął refleksję społeczną.

czwartek, 31 marca 2016

Tymczasem nad Wisłą

Idę. Ostrożnie stawiam kroki i tymczasem wiem, dokąd zmierzam. Tymczasem doszłam.

Tymczasem się rozglądam. Widzę dom, w którym mieszkam i widzę rzekę, nad którą się wychowałam. Widziałam ludzi, którzy tymczasem odeszli i nie dobiega mnie nawet odgłos ich rozmów. Czy zamek zbudowali Austriacy, czy może „Galicjanie”? Kim byli „Galicjanie”?, pytają się nawzajem. Nie, nie Austriacy, nie Galicjanie – Sasi, zapada tymczasem decyzja, zamek rozbudowali Sasi, a wcześniej królowie polscy. Sasi, królowie polscy, chciałabym im powiedzieć, ale tymczasem już poszli.

Tymczasem wstaję, idę dalej. Wystygła tymczasem moja kawa. Tymczasem rozkrzyczały się rybitwy, zanim jeszcze wstałam, postraszone przez przygodnego biegacza, tymczasem pani zdążyła zebrać kwiatki, które tamtymczasem wyrosły, tamtym tymczasem – między odmarznięciem ziemi a wiosennymi roztopami. Pies zaś tymczasem kopie dziurę kreta, chyba zeszłoroczną, bo tymczasem krety nie wykopały jeszcze swoich norek.

Tymczasem mieszkam tu, tymczasem mieszkam tam. Ani tu, ani tam, ani nigdzie. Tymczasem – nie ma takiego miejsca, nie ma takiego czasu. Nie ma mnie w takim razie, ale przecież tymczasem jestem. Zawieszona między tu a tam, między było a będzie. Jest. Tymczasem. Jestem.

niedziela, 22 lutego 2015

Gdy ulicami chodzę... (Kazimierz)

Gdy ulicami chodzę, spaceruję z umarłymi i spaceruję z tymi, którzy jeszcze żyją. I z tymi, których obecność ciągle namacalna, choć dawno ich tu nie ma. Dotykam duchów i gonię za cieniami.

Cień babci I, Cafe Baroque/sklep spożywczy, Plac Nowy 8
Wchodzę i proszę pięć deko drożdży do ciasta. Zza wysokiej lady wygląda sprzedawczyni. Nie patrzę na nią, ale wiem, że ma biały czepek i sznurowane sklepowe buty bez palców i bez pięt. Pyta: „Na pewno pięć deka? Nie pięć piw?” i mówi, że się wygłupiam. Nie patrzę na nią i się nie wygłupiam. Wychodzę. Obok stoi całodobowa grupka amatorów wódki i zakąsek.

Cień babci II, Regionalne Alkohole/sklep spożywczy/żydowski sklepik, ul. Miodowa 28a
To ostatni ratunek, ostatni sklep spożywczy przed domem. Chcę drożdże, a tu szwarcmydło i powidło, dziada z babą brakuje, aksamit na stole i lichtarz na aksamicie, wosk kapie ze świeczek. Za ladą Żyd zapatrzony w światło świecy, żadnych drożdży. „Babciu, dokąd mnie wysłałaś?”– myślę z paniką i wychodzę na palcach, by mnie nie dostrzegł. Pod sklepem kłócę się z kierowcą meleksa, czekającym na zmęczonych turystów.

Wracam do domu, a to przecież już nie dom. Można mieszkać siedemdziesiąt lat w jednym domu, a potem mieszkać gdzie indziej, bo już nie w domu się mieszka. I babci nie ma, drożdży, nie będzie ciasta, a restauracja węgierska za rogiem już zamknięta.

Gdy ulicami Kazimierza chodzę, gonię cienie i dotykam duchów. Tłum tu większy, bo przeciskać trzeba się między przedwojennymi mieszkańcami i tymi niemodnymi mieszkańcami, którzy opuścili zbyt modną dzielnicę. Mieszkam na Kazimierzu: mam sąsiadów na zamkniętych osiedlach przy granicach Krakowa i mam sąsiadów na żydowskich cmentarzach.

Próbuję na Kazimierzu utrzymać moje metry kwadratowe. Próbuję zmieścić się tam, gdzie najtłoczniej.


czwartek, 19 czerwca 2014

Na balkonie w Boże Ciało...

Na krakowskich balkonach kiedyś tańczono, gdy kapela wchodziła do kamienicy, dziś suszy się pranie, je jogurt i pytluje.
– A Karola Kota pani znała? Przecież on tu mieszkał niedaleko, zaraz obok piekarni, w takiej długiej bramie.
Studentki pytają starszą sąsiadkę, która rozpromienia się. Karol Kot, wampir z Krakowa, to temat, na którym zna się lepiej niż na naturalnych jogurtach bez chemicznych konserwantów.
– Naprawdę go pani znała? 
Studentki zachwycają się i podpytują dalej.
– Niemożliwe, miał takich świetnych rodziców, mówi pani?
Nie potrafią wyjść ze zdumienia.
– I ojciec taki inteligentny? A sam Karol Kot? Coś z psychiką miał.
Przytakują sąsiadce i pytają, nagle zmieniając temat.
– To święto dzisiaj jakieś? Poza tym, że zajęć nie ma, bo sesja trwa.
Śmieją się.
– Błogosławieństwo będzie właśnie tam, gdzie Karol Kot mieszkał, słyszysz? 
Nie wiedzą, co to błogosławieństwo w procesji z okazji Bożego Ciała. Sąsiadka próbuje im tłumaczyć i radzi, by z okien sobie obejrzały. Z ich okien jednak nie widać miejsca, gdzie mieszkał Karol Kot, nie będzie więc widać też błogosławieństwa.

Balkon milknie. Jeszcze tylko wysłuchuje opowieści kolejnej sąsiadki, która prosto z odpustu przyszła z balonami. Wszystko się kończy: naturalny jogurt truskawkowy i zainteresowanie tematem Karola Kota czy błogosławieństwa bożocielnego. 

czwartek, 12 czerwca 2014

Igrzyska dla ubogich

Ledwo uniknęliśmy w Krakowie Zimowych Igrzysk Olimpijskich, które miały się odbyć w 2022 roku, a wkraczamy w kilkunastodniowe „święto” piłki nożnej, igrzyska homogeniczne, tym razem w królestwie futbolu rozgrywane, w Brazylii. Zgodnie z tym, co twierdzą władze, podobnie jak w Krakowie, większość mieszkańców cieszy się na piłkarski maraton.

W państwie [...], dostatnio żyje sie tylko nielicznym wybrańcom [...]. Pozostali mieszkają w biednych , zamkniętych dystryktach. Gdy zaczęli się buntować, władze wpadły na pomysł, aby zorganizować igrzyska, które będą skutecznym narzędziem kontroli. 
– to o Brazylii? Nie, to fragmenty opisu fabuły filmu Igrzyska śmierci z Wikipedii. Uczestnicy piłkarskich bojów, podobnie jak bohaterowie filmu, pochodzą częstokroć z niższych warstw społecznych. Nie są losowani jak w filmie, ale muszą na udział w igrzyskach zasłużyć. Przygotowują się więc do rozgrywek od momentu, gdy potrafią chodzić, marząc o tym, by być wybranymi. W filmie trzeba liczyć na szczęście i zostać wylosowanym, a i tak społeczności dystryktów ćwiczą. Muszą być przygotowani do walki, gdyby to na nich padło. Podobnie dla ubogich mieszkańców krajów prawdziwie kochających piłkę futbol był kiedyś jedną z nielicznych realnych szans na wyrwanie się z faveli. Kariera – to nie znaczy zarabianie olbrzymich pieniędzy z gry, lecz normalne życie. Takie życie, jakie przez moment wiedli Rudo i Cursi z meksykańskiego filmu Carlosa Cuaróna. Pewnie nawet nie aż „takie” życie.


Futbol, sport prawdziwych mężczyzn rozbryzgujących z murawy testosteron, też stracił nieco na wymowie. Po pierwsze coraz popularniejsze (może z przymusu poprawności politycznej?) są rozgrywki kobiet. Po drugie piłkarze zorientowali się, że obojętne jak grają, mężczyźni i tak będą ich kochać. Kobiety natomiast pokochają ich, gdy staną się bardziej metroseksualni. Okiełznali zatem hormony i skompresowali testosteron w pojemniku z rozpylaczem. Murawy w Brazylii będą spływały nie wodą, jak na Stadionie Narodowym w Warszawie, lecz żelem ociekającym z ufryzowanych głów piłkarzy.

Nie zmienia to faktu, że igrzyska, mistrzostwa świata stały się wymownym potwierdzeniem podziału świata na bogatych i biednych. Bogaci kręcą biednym, to proste. Biedni cieszą się, że są kręceni, stroją się w piórka, łaszą do nóg bogatych i, jako eksbiedacy, zmierzają do grupy bogatych, kręcąc pozostawionymi za sobą ekspobratymcami. Biedacy zaś są w stanie tylko krzyczeć: „Ile wybudowałoby się przedszkoli za tylko te pieniądze, które wydano na kandydowanie”, jak ostatnio w Krakowie.
http://www.wprost.pl/ar/443539/Majchrowski-Przedszkola-zamiast-igrzysk-Irytuja-mnie-takie-naciski/
Oszukujemy sami siebie, my, biedacy, nienależący do grupy decydentów. Oni zaś decydują za nas, bo wiedzą, że w skrytości ducha każda bidusia nie je nie z biedy, lecz dla kariery anorektycznej modelki, a każdy biedak wetrze sobie lubrykant we włosy na wzór piłkarzy, którzy lada moment wbiegną na brazylijskie murawy. 

wtorek, 10 czerwca 2014

Troskliwość sąsiedzka

– Wieśka, tego z tej ulicy za rogiem, no wiesz, tej drugiej za trzecim rogiem, znasz?
– Taki łysy Wiesiek, co żonę tłucze, znam, bo co?
– Tłukł ją kiedyś na ulicy, na naszej ulicy, patrzę na nich i mówię:
Człowieku, co ty robisz, na ulicy, opamiętaj się, weźżeż ją do domu, nie na ulicy! 
– I co?
– I nic, wyrwała mu się ta żona jego, pobiegła, do domu, to pewnie skończył, co miał do skończenia.

[sąsiadek rozmowa, podsłuchane]

wtorek, 13 maja 2014

Nagabywanie

nagabywanie – natarczywie poprosić o coś lub zatrzymać kogoś niespodziewanie dla zapytania o coś lub nawiązania rozmowy

W Pradze po raz pierwszy byłam zimą 1996 roku. Spacerowałam, zachwycając się bajkowym pięknem kamienic, wąskimi uliczkami, knajpkami na każdym kroku i tym, że sklepiki z pamiątkami, w których nie zaopatrzyłam się w koszulkę z napisem „Praha – Kafka” są czynne chyba do świtu. Zachwycałam się także tym, że pod Karolinum zaczepia mnie Mozart i namawia, bym wpadła na premierę „Don Giovanniego”. Ten pierwszy Mozart w moim życiu był ciemnoskóry, co z tego. Przyjęłam, że uczestniczę w niezapowiedzianym spektaklu rozgrywającym się na ulicach jednego z najpiękniejszych miast Europy i poprawnie odegrałam swoją rolę: usiadłam w herbaciarni, wypiłam „zawieszoną kawę”, podziwiałam świt z mostu Karola na pocztówce, odstałam swoje, czekając na wejście na Złotą Uliczkę, jeszcze wtedy niebiletowaną.
Do Pragi wracałam wiele razy, ale prawie dziesięć lat po tej pierwszej wizycie spędziłam tam pół roku. Już po kilku dniach miałam dosyć przedzierania się przez tłumy turystów, biorących udział w tym samym przedstawieniu, które ja zaliczyłam kiedyś. Codzienne zakupy w najbliższym spożywczym były utrudnione, bo zawsze jacyś Amerykanie wybierali piwa lub przeczesywali półki w poszukiwaniu ostatniej Becherovki. Moją ulubioną kawiarnię na Hradczanach przeniesiono do mniej turystycznego zaułka. Niegdysiejsze galerie przekształciły się w sklepy z pamiątkami wątpliwej artystycznie jakości. Królował Kafka w roli ducha Pragi, Mozart jako naganiacz, głowę w rękach w ulubionej cukierni trzymał, widząc to wszystko, Nohavica.


Oby nigdy w Krakowie nie było tak jak jest w Pradze – pomyślałam wtedy.

Moja prośba nie została wysłuchana. Nową Pragą jest Kraków, nieporównywalnie mniejszy od stolicy Czech, a gromadzący te same grupy turystów z Europy i ze świata. Rządzący miastem cieszą się z rosnącej liczby odwiedzin, bo jakoby ma to dowodzić wzrostu, ale, pytam, czego wzrostu? Znaczenia miasta? Popularności? Pozycji na liście turystycznych celów? Jakby zapominali, do czego miasto służy. No właśnie, do czego? Otóż miasto służy do mieszkania. W Krakowie jednakowoż mieszkańcy stoją w jakiejś innej kolejce, nie tej, która gromadzi się pod Magistratem, jak w tej kazachskiej bajce, którą tłumaczy się dzieciom, dlaczego mają krótkie i płaskie nosy. Gdy Bóg rozdawał nosy, Kazachowie stali w kolejce po mądrość. Mieszkańcy Krakowa, pragnąc podtrzymywać mit miasta, kształcą się na „ujotach”, przesiadują w „Jagiellonce” i chodzą do teatrów („starych” i nowych). Tymczasem urzędnicy miejscy i władze miejskie rozdają to, na co leci gawiedź, czyli „look and feel”, ów kazachski nos, turystom.

Z braki Kafki powstaje więc w Krakowie szlak literatury (tabliczki na ławkach), honorujący literata zbiorowego (dla niepoznaki literackie szlaki Małopolskie nazwano po angielsku, by przypadkiem polski czytelnik nie trafił na nie w internecie). Lokalny potencjalny Mozart, czyli Pani Elżbieta Penderecka z małżonkiem, uznał, że peruka nie pasuje, tupeciku za to nie brak. Lokalnych bardów zachęcają do skorzystania z meleksa i zyskania jedynego w swoim rodzaju doświadczenia ekologicznego zwiedzania miasta lokalni naganiacze.
Posługują się tymi samymi frazesami, którymi lokalni naganiacze pod piramidami usiłują namówić do wdrapania się na wielbłąda i odbycia „jedynej w swoim rodzaju, wyjątkowej wyprawy przez pustynię do grobów faraonów”. U nas „melki” wiozą na Kazimierz, gdzie na przykładzie ostatnich zrujnowanych w latach powojennych kamienic pokazuje się Holokaust, i do Fabryki Schindlera, by uhonorować świetną kreację Liama Neesona u Spielberga.
Naganiacze stoją w Krakowie na każdym centymetrze kwadratowym cennej przestrzeni miejskiej, nierozważnie nieprzeznaczonej do zabudowy pod ogródki kawiarniane w planie zagospodarowania przestrzennego. Naganiają, by spożyć typowy polski obiad w regionalnej restauracji. Obsługę przyodziano w stroje z obowiązującego nurtu „folk” – na głowie wianek, a na nogach legginsy. Naganiają do sklepu z pamiątkami, gdzie można wybierać między chińskim smokiem wawelskim, hawańskim cygarem i sziszą (prosto spod piramid). Kraków, widać, jak cała Polska, jest przedmurzem chrześcijaństwa. Czujemy tu powiew Orientu na każdym kroku, dobiega z każdego kebabu.

Naganiacze zaczepiają i mnie. Odpowiadam zawsze i niestrudzenie:

Czy pan/pani nie wie, że zaczepiać obcą osobę na ulicy jest niegrzecznie i świadczy o braku dobrego wychowania? 

Już nie biorę, jak kiedyś w Pradze, udziału w spektaklu całodobowym jak sklep monopolowy. Praga jest wielka. Kraków – choć Wielki, po przyłączeniu okolicznych wsi i miasteczek w 1911 roku – to zbyt mały. Jak znaleźć złoty środek, godzący interesy mieszkańców z zapotrzebowaniami turystów? Gdzie znaleźć rzeczników mieszkańców, skoro władze bronią praw turystów. Gdzie, zresztą, są mieszkańcy Krakowa? Pod Myślenicami, podobno, na nowym strzeżonym osiedlu. Z centrum miasta, jak dowiedziałam się, należy się takim zramolałym cierpiętnicom jak ja wyprowadzić.

Przecież musiałaś wiedzieć, wprowadzając się na Kazimierz, że to dzielnica rozrywkowa – powiedziano mi. 

Proszę szanownej wycieczki. Na Kazimierz to się wprowadziłam w 1975 roku, wtedy to tu były rozrywki…


czwartek, 19 września 2013

Matejko na Plantach

Kraków nie odpuszcza. Będziemy mieć na Plantach Matejkę.

Kraków z Matejki żyje
- mówi autor koncepcji pomnika, rzeźbiarz, prof. Jan Tutaj z krakowskiej ASP. Pozwolę się nie zgodzić. Kraków żyje z taniego piwa serwowanego dewizowym turystom.

Gdybym miała zaproponować, jak uhonorować Matejkę, zaproponowałabym pomnik odwołujący się do zachowanej w pamiętnikach opowieści o malarzu powracającym z nocnego balu karnawałowego, sunącym w objęciach Władysława Żeleńskiego, kompozytora, ojca Boya, w rytm mazura, wyśpiewywanego przez partnera.

Wmontowałabym w beton alejek głośniki, z których dobywałaby się melodia mazura. Każdy mógłby w ślad Matejki ruszyć w tany, upamiętniając tym samym artystę.

PS Zwracam uwagę na podejście do pomnika, jak do ołtarza. Nic, tylko stawiać znicze, wiązanki kwiatów, padać na kolana. Matejko – miejsce pamięci narodowej.

PS2 Plącze mi się po głowie, że mazur ów powstawał do którejś z oper Żeleńskiego. Ponieważ nie udało mi się go precyzyjnie namierzyć, oto Goplana.



PS3 Ten, jakże krakowski poranny incydent opisałam w moich Salonach krakowskich, dziś, niestety, dostępnych wyłącznie w antykwariatach i na aukcjach internetowych.

sobota, 17 sierpnia 2013

Mrożek wraca do Krakowa

Sławomir Mrożek za życia był kłopotliwy i jego celne żarty trafiały każdego tam, gdzie boli najbardziej. Nie oszczędzał nikogo. Po śmierci się jego nie oszczędza.

Po śmierci poziom kłopotliwości Mrożka najwyraźniej wzrósł. Szczególnie dla Krakowa. Czytam oto w lokalnym, małopolskim, „Dzienniku Polskim” notkę zatytułowaną „Sławomir Mrożek wciąż czeka na wskazanie godnego miejsca”. Wyobrażam sobie rysunek, ręką Mrożka skreślony, na którym Mrożek w trumnie (lub urnie, wszak go skremowano, we Francji, jest w takim razie teraz crème fraiche) stoi w kolejce i czeka na przydział miejsca. Tego, co robią krakowscy „oficjele”, chyba nawet Mrożek by nie wymyślił.

Oczekiwanie

Podziemia kościoła św. św. Piotra i Pawła mają stać się miejscem ostatniego spoczynku ludzi najbardziej zasłużonych dla polskiej kultury, sztuki i nauki. We wrześniu ma zakończyć się ich remont – w tej chwili trwa jeszcze wymiana instalacji. 
Uśmiech pojawia się na mojej twarzy: Sławomir Mrożek czeka, by zmieniono instalację. Niech czeka!

A propos samego „Panteonu Narodowego” to w tej chwili przebywa tam Piotr Skarga. Może warto też przypomnieć, że OMC trafił tam Janusz Kurtyka – po kontrowersjach, decyzjach zmieniających się co chwilę, spoczął jednak w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Rakowickim. Mrożek obok Skargi? Ryzykowne. Skarga, jak się przyjmuje, został pochowany za życia i w trumnie się obudził. Co, jeśli obudzi się ponownie i na Mrożka-obrazoburcę się rzuci? A jeśli to Mrożek z prochu powstanie, przed dniem Sądu Ostatecznego?

Choć w obliczu śmierci, a tym bardziej po śmierci wszyscy ludzie są równi, to zrównanie Skargi i Mrożka uważam za chichot losu. Lub cyniczny żart decydentów.

Słowo klucz: wolne miejsce

W grę wchodzi także Aleja Zasłużonych na Cmentarzu Rakowickim. To tam pochowani są Marek Grechuta, Piotr Skrzynecki, Jerzy Bińczycki, Maciej Słomczyński, Włodzimierz Kunz, Halina Czerny-Stefańska, Jerzy Panek, Jerzy Nowosielski, a także Ludwik Jerzy Kern. W Alei Zasłużonych wciąż jest jeszcze kilka wolnych miejsc. 
To dobra wiadomość, że są tam jeszcze miejsca. Bo na Skałce, w Krypcie Zasłużonych, już miejsc brak. Po pierwsze gdzieś trzeba chować zmarłych zakonników (obok Karola Szymanowskiego będą z pewnością zadbani), a po drugie, po aferach przy okazji pogrzebu Czesława Miłosza, paulini nauczyli się chyba, że nie należy wkładać ręki między drzwi. Wielcy ludzie, możecie umierać, kilka miejsc jeszcze zostało! Tym bardziej spieszcie się, bo także na Wawelu miejsc już nie ma:
Oczywiście w dyskusji wymieniana jest także katedra na Wawelu. – W Krypcie Wieszczów, w której znajdują się szczątki Mickiewicza i Słowackiego, a także ziemia z grobu Norwida i pamiątkowa tablica poświęcona Chopinowi, nie ma już miejsc.  
Zastanawia mnie jedno: czy tego kraju naprawdę nie stać na „Panteon Narodowy” świecki? Czy musi być zawsze związany z jedną religią? Teoretycznie powstaje dla wielkich ludzi bez względu na wyznanie lub jego brak. Jakim cudem jednak krypta pod kościołem ma być areligijna? Położymy tam Adama Małysza, ewangelika, gdy opuści padół łez? W tym samym miejscu, gdzie spoczywa Piotr Skarga, jeden z największych bojowników katolicyzmu?
Adam Małysz w badaniach poświęconych bohaterom współczesnego polskiego społeczeństwa* wyprzedził Jana Pawła II, pytanie o miejsce jego spoczynku nie jest zatem bezzasadne. Porywał wiele milionów obywateli, miał wierne grono kibiców przez długie lata, którzy nie opuszczali go jak wyborcy partię polityczną. Gdzie spocznie? Pewnie na lokalnym cmentarzu w Wiśle, ale, hipotetycznie, gdyby zszedł teraz, to przecież nie wypadałoby, by leżał w katedrze wawelskiej czy w „Panteonie Narodowym” (nie mogę się powstrzymać od ujmowania w cudzysłów tej nazwy).

Ceremonia

Wypowiedział się w sprawie także prezydent Krakowa, Jacek Majchrowski:
To była postać tego typu, że jej pochówek powinien być odpowiedni i godny.
Podobnie jak przy okazji wspomnianego pogrzebu Czesława Miłosza zadbają o to rekonstrukcyjne grupy narodowe, lokalne i przyjezdne (rekonstrukcyjne, bo prawdziwy współczesny ruch narodowy nie istnieje, a grupy te odwołują się do historycznego nacjonalizmu sprzed 1939 roku, który dziś powinien ozdabiać muzealne gabloty, a nie prężyć młode piersi na ulicach miast jako mało uroczy anachronizm).

Nie tylko ceremonia musi być godna, ale i miejsce. Tu jednak Biuro Prasowe Urzędu Miasta Krakowa, przemawiające ustami Filipa Szatanika, nie ma wątpliwości:
Wszystkie z wymienionych miejsc są godne ostatniego spoczynku tak zasłużonego dla polskiej kultury człowieka i Honorowego Obywatela Krakowa. 
I ja nie mam wątpliwości. Trzeba było zostać w Meksyku, drogi panie Srożek. Tak to jest, gdy mrówki postanawiają grzebać słonia.

* Ciekawe, z tej konferencji o bohaterach w pamięci społecznej zapamiętałam, że Adam Małysz – ku zaskoczeniu zebranych – wyprzedził Jana Pawła II. 

czwartek, 7 lutego 2013

Pogoda i zapach (jak w Kazachstanie)

Śnieg nie zawsze przykrywa dziury w ulicach; zdarza się, że je wydobywa lub czyni z nich zasadzki na niefrasobliwych kierowców. Padający śnieg sprawa też, że miasto wygląda bajecznie, jak Ałmaty zimą lśniące w słońcu, Ałmaty, nad którym wznosi się końcówka łańcucha Tien-Szan, zawsze ośnieżona.

Kraków także prezentuje się dziś bajecznie, choć góruje nad nim jedynie Wawel, i tylko dziury oraz zapach palonych śmieci dochodzący z kominów domów mieszkalnych nieubłaganie sprawiają, że oba miasta są równie okropne. 

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Zabawne (smog)

Zbiegi okoliczności są niekiedy zabawne, przypadkowe zestawienia nagłówków na stronach internetowych śmieszą. Niekiedy zza śmiechu wyłania się smutek.


Obok zdjęcia dokumentującego manifestację w obronie czystego powietrza w Krakowie, na której poza hasłem wypunktowanym – „Chcemy oddychać” – podnoszono też inne, np. w Krakowie żyje się tylko po to, by umrzeć, znalazła się reklama mieszkania w Krakowie. Tak, dobrze jest mieszkać w Krakowie.