piątek, 5 stycznia 2018

Ludzie.S01.E01.avi

Wyobraź sobie, że oglądasz twój ulubiony serial od trzeciego odcinka drugiej serii. Kolega opowiedział, co się stało w pierwszej – to trzynaście godzinnych odcinków, koleżanka wspomniała o wydarzeniach z dwóch pierwszych odcinków tej serii i siadasz, i oglądasz, i zapoznajesz się z ludźmi i ich dziejami od jakiegoś momentu ich życia. Zżywasz się z nimi. Współczujesz. Śledzisz z zapartym oddechem. O trzeciej rano musisz obejrzeć kolejny odcinek, bo poprzedni zakończył się na skraju przepaści. Spadną?! Nie spadną. Są w obsadzie następnej serii. 

Teraz wyobraź sobie, że spotykasz człowieka w pociągu. Rozpoczynacie rozmowę, typowa gadka przedziałowa, skąd–dokąd, pracuję tu [...]  pracuję jako [...], lubię [...], widziałeś [...]? Rozmowa kończy się na skraju przepaści w momencie wjazdu na twoją stację. Wysiadasz, ale współpasażer jest już zafollołowany na twitterze i zresztą jesteście też przyjaciółmi na fejsie. Kontynuujecie rozmowę w świecie wirtualnym, śledzisz jego losy jak losy bohaterów serialu. Widzisz to, co zechce ci pokazać – nowy dom czy nową pracę, a nawet nową kieckę i nowy notatnik, starego kochanego psa, który odszedł (dajesz smutną buzię, choć psa nigdy nie poznałaś), życiowy rekord w bieganiu z wczoraj, marudzenie, że zamknięto ulubioną kawiarnię (damned, nigdy tam nie poszłaś!). I jeszcze wiele innych rzeczy widzisz, i znasz człowieka – myślisz, i o trzeciej rano musisz sprawdzić, co u niego na fejsie, bo ostatni post sprzed tygodnia pokazywał go na skraju przepaści... 

Wreszcie wyobraź sobie, że poznajesz człowieka – gdziekolwiek. Spędzacie ze sobą czas, lubicie się, lubicie się coraz bardziej, wprowadzacie się do jednego mieszkania, żyjecie ze sobą, poznajecie swoje rodziny, rodziców, rodzeństwo, kuzynostwo. Kuzynka Laura, na przykład, uciekła z facetem trzydzieści lat starszym na południe Włoch, by tam z food trucka sprzedawać food from truck sezonowym robotnikom. Biznes nie wypalił – opowiada ci teściowa w kilkudniowych odwiedzinach – i wyjechali do Norwegii, otworzyć tam nastrojową włoską knajpkę. Radzą sobie znakomicie, jak donosi mąż teściowej spotkany parę miesięcy później na budowie waszego wspólnego domu, Laura nas odwiedziła i przywiozła prawdziwego norweskiego łososia, był przepyszny, żałuj, że nie przyjechałaś na urodziny swojej teściowej. Tłumaczę, nie mogłam, pracowałam, byłam w podróży służbowej. Laurze świetnie się powodzi w Norwegii, możesz tam zawsze ją odwiedzić, przecież bywasz na pewno w Bergen. Oj tak, co tydzień, myślę... A szwagier, pytam? Szwagier pracuje jak oszalały, nie może się pozbierać po odejściu dziewczyny, tyle lat razem, tyle lat, wzdycha. Przy następnych świętach u teściowej i jej męża pocieszam się, że szwagier ma się jednak znakomicie, ma nową dziewczynę i według bratowej „wszystko zmierza ku małżeństwu”. Nie ma tu żadnego skraju przepaści. Zwykłe życie. 



Nie wyobrażaj sobie nic. Przypomnij sobie swoje ulubione seriale, przygodne spotkania, rodzinę. Wszystko przypomniane i nic nie przypomina ci tych sytuacji? No dobrze. To teraz wyobrażamy sobie znowu. Zaczynamy od końca. 

Twoje małżeństwo się rozpada. Zrywasz kontakty z teściową – na jej życzenie („Nie mamy sobie nic więcej do powiedzenia”), jej mąż pisze grzecznościowe życzenia na święta, na które nie odpisujesz, bo sama nie wiesz, czy chcesz z nim utrzymywać kontakt, choć to dzięki niemu masz pracę. Laura w Norwegii? Niby może byś odwiedziła, ale co jej powiesz? Nasze małżeństwo rozpadło się, mam nadzieję, że twój związek ma się lepiej. A szwagier? Chyba się ożenił z tą dziewczyną, którą przelotnie spotkałaś w kuchni przy wyjmowaniu naczyń ze zmywarki po wielkiej imprezie świątecznej, na którą zjechała się cała rodzina. Nocowaliście wszyscy w tym samym mieszkaniu, ale było tam pewnie ze 20 osób, jak poznać człowieka w takich warunkach? Nie poznasz. Dziesięć lat później, w nowym związku, w nowym mieszkaniu i nowej pracy, przypominasz sobie – była taka dziewczyna, chyba nawet później żona, twojego byłego szwagra, ciekawe, co się z nią stało?

Na fejsie wszystko gra, twój znajomy z pociągu, z którymi nie mogliście skończyć rozmowy, a musieliście, bo twoja stacja wypadała wcześniej niż jego, żyje, ma już trzecie dziecko, zdaje się, jest wojskowym, a przynajmniej czasem wrzuca zdjęcia w mundurze. Czasem myślisz: gdybym nie wysiadła, może to byłyby moje dzieci, ale te myśli zwykle usuwa ci z głowy pies, który wyciąga cię na spacer, uświadamiając, że człowiek z pociągu w profilu na fejsbuku ma wpisane „alergia na wszystkie futrzaki”. Na małym telefonie fejsa przegląda się niewygodnie, a tabletu na spacer z psem nie zabierzesz. Tylko marzenia i wyobrażenia.

Serial dawno temu się skończył. Od czasu do czasu (na święta?) przypominasz sobie ulubione odcinki, by raz jeszcze poczuć ten dreszcz emocji, gdy bohater staje nad przepaścią, a tym razem ty wiesz, wiesz doskonale, że nie spadnie i w tej wiedzy przewyższasz bohatera, ale i tak wyobrażasz sobie, co by było, gdyby spadł. Stare seriale są zastępowane nowymi i starych bohaterów wypierają nowi. Przeżywasz ich historie do momentu, gdy w połowie serii odcinają ci dostęp do VPN i już nie obejrzysz dalszego ich ciągu. Jest dostępna tylko dla wybrańców w Ameryce i Europie Zachodniej. W Polsce nie ma dystrybucji. Dopowiadasz sobie ich losy, sprawdzasz na imdb.com krótkie opisy i dłuższe na wikipedia.org w języku, którego używa znacząca liczba ludzi na świecie. Ale to nie to samo... 

Wtedy nagle na LinkedInie pisze do ciebie mąż byłej teściowej. U nas wszystko dobrze, mam nadzieję, że i u ciebie tak samo. Machinalnie, uprzejmie odpisujesz, ciągle na LinkedInie, bacząc, że to dzięki niemu dostałaś pracę, która cię wysyłała na koło podbiegunowe i do strefy równikowej. Pytasz, jak spędziliście święta, wysyłasz wirtualną kartkę noworoczną, do której dodajesz: „Tak bardzo chciałabym się z wami spotkać”, a jednocześnie wiesz, że tak naprawdę twój rozwód był tym samym, co odcięcie VPN od serialu. Już nie wiesz, czy teściowa dalej czyta włoskie kryminały, a jej mąż nadal sponsoruje młodych artystów. I nagle to właśnie była teściowa pisze do ciebie. Zbierasz szczękę z podłogi i uprzejmie odpisujesz; nie, nie wiesz, kiedy ich odwiedzisz, zapraszasz do siebie. W następnej wymianie wiadomości informujesz o książkach ostatnio przeczytanych i filmach obejrzanych, bo to zawsze był istotny temat z teściową, a ona pisze ci o... o Laurze! Laura nadal mieszka w Norwegii, już z innym mężczyzną, nadal starszym trzydzieści lat, ale prowadzą teraz nie restaurację włoską, ale fusion i podają chleb na zakwasie sprowadzanym z Polski! Twoje rozmowy z Laurą dały efekt, myślisz sobie, i ryzykujesz, pytając o szwagra. Nawet nie wiesz, jak bardzo ryzykujesz, bo szwagra żona, ta, z którą tak dobrze się wycierało nie do końca wysuszone naczynia ze zmywarki, nie żyje. Wycierasz oczy, jak wtedy, gdy zmarła bohaterka ostatniego ulubionego serialu, ale na jej śmierć byłaś przygotowana w poprzednich odcinkach i czytasz dalej. Zmarła, po długiej i ciężkiej chorobie – treść wiadomości teściowej brzmi jak nekrolog z poczytnego dziennika. Sens dopisujesz sobie sama, jak przy serialu: przy tych naczyniach wyglądała słabo, coś było z nią nie tak, już wtedy, na pewno. Utwierdzasz się w przekonaniu. Racjonalizujesz. I na LinkedInie, do męża teściowej piszesz z pytaniami o nich, bo wiesz, że dostaniesz konkret, a nie informację prasową. 

Pika powiadomienie na fejsie. Twój mundurowy znajomy pisze idiotycznie „Are you still alive?!”. Wyobrażasz sobie, że tracisz internet i nie będziesz wiedzieć, że spłodzi czwarte dziecko, że kupi skuter i będzie miał wypadek na tym skuterze, że w przyszłym roku spotkasz go na ulicy swojego miasta – pusty śmiech – i że z nim życie miało wyglądać inaczej. Masz czas, VPN nie działa i kolejnej serii nie obejrzysz. Skupiasz się na tym, co jest: teściowa ciągle nadaje, odzyskujesz historię ludzi, których nie znasz, którzy cię nie interesują, o których wiesz tyle, ile napisano w wiadomości na LinkedInie. 

Wyobraź sobie... Wyobraź sobie tych wszystkich ludzi, których spotykasz w życiu i wiesz o nich tyle, ile sami powiedzą ci lub uzupełnią ich bliscy albo media społecznościowe. Wyobraź sobie, że tracisz z nimi kontakt, że nie możesz śledzić ich dalszych losów, jak kolejnego sezonu ulubionego serialu. Wyobraź sobie to wszystko. 

środa, 26 kwietnia 2017

Prawda tkwi we frytkach




Spacery na krakowskich Plantach we wczesnym dzieciństwie kojarzą mi się z wąchaniem. Szłam za rękę lub biegałam, węsząc jak tropiący pies. Szukałam śladu zapachu tłuszczu, starego, spalonego, zgęstniałego. Oznaczał frytkarnię. Byłam wtedy bardzo mała, miałam pewnie mniej niż cztery lata, gubiłam się na Plantach, nie umiałam zapamiętać, w którym dokładnie miejscu są kioski, w których pani w białym czepku łowi frytki metalowymi narzędziami w pryskającym tłuszczu. Bezbłędnie ten zapach wychwytywałam z oddali, zanim jeszcze kiosk można było dojrzeć pośród bujnej roślinności czy zza kop śniegu. Dostawałam moje dziesięć deko – w ten sposób nauczyłam się, że dziesięć deko równa się stu gramom – obficie posolone przez panią w okienku ze słoika, w którego pokrywce ktoś gwoźdźmi wybił dziurki.

Frytki były nierówne: jedne krótsze, drugie dłuższe, grubsze i chudsze, jedne bardziej, drugie mniej przysmażone, jeszcze inne wręcz spalone. Później, jako dorosła, dowiedziałam się, że to czarne, spalone w rozgrzanym tłuszczu, nazywa się akrylamid i przyczynia się do rozwoju nowotworów układu pokarmowego. Zimą tłuszcz na nich zastygał, latem szarobura papierowa torebka, w której je podawano, parzyła w palce. Za frytki dałabym się pokroić żywcem. Rytualne ich smażenie odbywało się w domu na Sylwestra. Czułam się taka dorosła, mogąc siedzieć z mamą, tatą, babcią do Nowego Roku przy frytkach, na które ziemniaki sama kroiłam. Tak nauczyłam się, skąd brały się raz krótkie, raz długie frytki.

Przyszło liceum i przyszedł do Krakowa McDonald's, a wraz z nim frytki równej długości i równej szczupłości. Smakowały mi średnio, przede wszystkim brakowało im tego zapachu starego tłuszczu, a zwłaszcza wywąchiwania w powietrzu jego śladów. Na frytki z McDonalds'a i innych amerykańskich, a potem już nie tylko amerykańskich garkuchni się nie czekało. Zresztą frytek, jak się dowiedziałam, nie robiło się już z ziemniaków, tylko z papki ziemniaczanej – tylko dlatego mogły być równej długości i szczupłości, a nawet karbowane. A ja godziny spędziłam, zastanawiając się, czy można byłoby kroić ziemniaki falowanym nożem i błagałam mamę, by z któregoś z filharmonicznych wyjazdów zagranicznych przywiozła mi falowany nóż do karbowanych frytek. Nikt już frytek nie kroił. Mrożone można było kupić w każdym sklepie – przestały być atrakcją spacerów i Sylwestra. Sam Sylwester zaś stał się obowiązkową imprezą, na której celem było chlanie, a nie obieranie, krojenie ziemniaków, smażenie, czekanie, smażenie, czekanie, jedzenie, smażenie, czekanie, smażenie... ech.

Wreszcie każda wizyta w Belgii stała się małym Sylwestrem. Pomyślałam: oto kraj dla mnie, kraj, w którym celebruje się frytki tak, jak im się to należy. Tak małym, jak i dużym, czasem krótkim, niekiedy długim, grubszym i chudszym, pełnym akrylamidu i nawet niedosmażonym oddaje się równą cześć, bo ziemniak na nią zasługuje. Obowiązkowy sos tartare, własnoręcznie kręcony majonez, a nade wszystko stek stały się najukochańszymi towarzyszami moich frytek idealnych. Ale ciągle myślałam, że to tylko moja obsesja, którą wyhodowałam na spacerach po krakowskich Plantach i która znalazła podatny grunt do rozwoju we Francji czy Belgii, po których miałam okazję się poniewierać. Wróciłam do tradycji: Sylwester to frytki. Ziemniaki się obiera, kroki, smaży, czeka, smaży, czeka, je i czeka (bo się trawi). Smaży, czeka, smaży, czeka, je i trawi.

Nagle frytki wróciły! Belgijskie frytki, w papierowych rożkach, z sosem tartare, przyprawami, chude, grube, krótkie i długie, różnorodne, wróciły. W byle burgerowni można je zamówić na talerzu, w byle kiosku dostać do ręki. Coraz mniej miejsc oferuje frytki sztuczne, z ziemniaczanej papki, krojone równo, by wszystkie wyglądały tak samo i smażyły się w równym tempie. Dzisiejsze modne frytki są znowu różnorodne, wróciły takie. Szkoda, że wraz z nimi powróciła moda na jednolitość, która z kolei odchodzi wraz z niedobrymi, sztucznymi, mrożonymi frytkami z torebki.

Bo na świecie wszystko wraca. Ołówkowe spódnice, spodnie do kolan, nawet długie włosy u poważnych mężczyzn. Wraca moda na różnorodność we frytkach, by ustąpiła moda na jednolitość w tych, którzy te frytki jedzą. Frytki długie, krótkie, chude i grube, przypalone i niedosmażone jedzą przedstawiciele idealnego narodu, jednolitego, zamieszkującego swe państwo, wyznającego jedną religię.

Może to idiotyczne porównywać sytuację na świecie do tego, jak zmieniały się frytki w moim życiu, ale trudne rzeczy potrzebują niekiedy prostego, a nawet prostackiego porównania, by je zrozumieć? Tak, jak odrzuciliśmy w pełni świadomie równoskrojone, sztuczne frytki z papki ziemniaczanej, tak i odrzućmy myśl o równoskrojonym, sztucznym społeczeństwie. Boję się jednak, że refleksja o różnorodności frytek lub o kulturze mono-pseudo-frytek to zbyt głęboka myśl dla wielu. I tego właśnie się boję, bo jeśli ponad frytki nie da rady ktoś się wznieść, to co dopiero marzyć, by podjął refleksję społeczną.

środa, 19 kwietnia 2017

Podróż do wnętrza ziemi

Z profilu nie było tego widać wyraźnie, ale oczy mamy stawały się coraz bardziej skośne.
– Dzisiaj podróżujemy do Japonii! – wykrzyknęła radośnie, wyciągając z kredensu niewielkie miseczki z białej porcelany. Nigdy wcześniej ich w domu nie widziałam, a patrząc na nie z daleka, wydawało mi się, że są popękane. Gdy postawiła przede mną jedną z nich, ze świeżo zaparzoną, jeszcze dymiącą herbatą, dostrzegłam, że drobne żyłki to wzór układający się w kwiaty wiśni, jaśminu, lilie wodne. Zamachałam lekko ręką, odganiając gorące powietrze – zapachniały, aż zakręciło mi się w głowie.
– Yunnan? – zapytałam po chwili. Mama kiwnęła głową w odpowiedzi, a na jej głowie zakwitł japoński kok podtrzymywany pałeczkami do sushi. Czekałam jeszcze moment, by zmieniła znoszony szlafrok na jedwabne kimono. Wczoraj zastałam ją w kuchni w szarawarach. Piła herbatę z miętą ze szklanki o zachęcającym wcięciu i krągłych kształtach. Mama, która całe życie rozpaczała, że nie ma wcięcia w pasie, w szarawarach upodobniła się do tureckich szklanek, wykonywanych na wzór haremowych tancerek o szerokich biodrach i wąskich taliach. Jutro spodziewałam się tykwy, z której będzie popijać yerbę, szeleszcząc spódniczką z liści palmy.
Drobiąc stopami, przeszła do starej kuchenki gazowej. Wskazała na stojący na niej garnek. Westchnęła.
– Odgrzejesz sobie wieczorem pierogi.
Też westchnęłam. Wolałabym wieczór spędzić z mamą w Hawanie, w pośpiechu rolując na udach cygara.



Nachylałam twarz nad garnkiem, gotując wodę na pierogi. Obok kuchenki stanęła babcia.
– Niech sobie nie robi parówki na noc, będzie źle spała.
W jej głosie usłyszałam uśmiech, uśmiech o kształcie pieroga, z krawędziami ust starannie oklepanymi palcami. Też się uśmiechnęłam do pierogowej babci. Ona zaś zakręciła zapaską haftowaną w czerwone krzyżyki i zanuciła lekko zaciągającą melodię.
Noc spędziłam gdzieś pod kołem polarnym. Z gęsto tkanej siatki zanurzonej w przerębli łowiłam mrożone pierogi, które później jeden po drugim wrzucałam do gara. Zetknąwszy się z wrzątkiem, nabierały koralowej barwy, wyrastały im szczypce i zamieniały się w raki. Szłam do tyłu, wczoraj Japonia, przedwczoraj Turcja, tydzień temu rześkie przebudzenie w Brazylii. Wstałam, ociężałym krokiem weszłam w dzień.

W kuchni mama, bosa, unosiła się nad skorupami filiżanek, czarek, czajniczków, szklanek, nad wygiętymi sitkami i zaparzaczami. W moją stronę skierowała smutny uśmiech, wyciągając zarazem ręce.
– Trzęsienie ziemi nocą – pokiwała głową – babci już nie ma. Masz plan podróży na każdy dzień, nie zapomnij przekazać historii – wskazała na mój brzuch i zniknęła.

Schyliłam się z trudem. Przyjrzałam się z bliska mapie, po której tak wiele podróżowałam. Kawałek po kawałku zbierałam, składając ze skorup trójwymiarowe puzzle o kształcie kuli ziemskiej.
– Tu Hawana, tu Bakczysaraj, a Nowa Zelandia po drugiej stronie – mruczałam do siebie – a kula ziemska rosła i rosła. Weszłam do niej, a po chwili pochłonęła najpierw kuchnię, potem mieszkanie, wreszcie całą kamienicę. Znalazłam się w brzuchu ziemi.
– Mamo, jakże mam podróżować, jeśli to ziemia zamknęła mnie w sobie?

Ale mama nie odpowiadała, byłam po raz pierwszy sama, byłam w brzuchu ziemi, a w moim brzuchu rosło życie. Nie rozumiałam wtedy jeszcze, że prawdziwą podróż odbywa się do wnętrza. 

niedziela, 25 grudnia 2016

Świąt planowanie

Na święta planuję, że zrobię to i tamto, jeszcze coś, co w kącie czeka na swój moment, na wolny czas w święta, a może jeszcze zmieści się pomoc komuś i nadgonienie w zapomnianych mailach, i poczytam też – przecież tyle czasu jest w święta i tyle spokoju!

Na święta kiedyś tata przynosił do domu wszystkie świąteczne wydania gazet i tygodników. Pochłaniałam każdy najdrobniejszy tekst w każdym z wydań, bez względu na opcję polityczną. Ale, ale, ale przecież kiedyś nie było „opcji politycznych”! Kiedyś byliśmy zjednoczeni w jednej wielkiej opcji, a ta opcja nazywała się... (nie, nie napiszę, bo to duże słowo). A może tylko mnie się tak wydawało?

Tak samo wydawało mi się kiedyś, że rodzina jest jedna, tymczasem on nie rozmawia z nim, ona ma regularnie powracające fochy i nie wiadomo, czy w tym roku zadzwoni z życzeniami, a jeśli się do niej wpadnie bez zapowiedzi, to foch zwykły przerodzi się w focha generalnego, tamci zmienili numer telefonu, bo znowu ktoś ich na starym ścigał, jak do nich zadzwonić, a kartki? A kto jeszcze kartki wysyła?

Dzisiaj kartki są równie cenne, podobno, jak prawdziwi kolędnicy. Nie urzędowi, na gminnym etacie, ale tacy, co z własnoręcznie wykonaną szopką chodzą od drzwi do drzwi i śpiewają, że przybieżeli. Zaglądam do kartek: nadruk i pod nim koślawy podpis. „Od kogo ta cenna kartka” – pytam? „Nie wiem” – słyszę, ale widzę, że cenna, znaczek „gabaryt A”. Cenna jak dwa złote, mirra i kadzidło.

Cenimy dziś inne rzeczy niż kiedyś, czytamy inne gazety niż dawniej, słuchamy, jak śpiewają inni, zamiast śpiewać samemu. Inne podarunki życzylibyśmy sobie otrzymać od magów: czas i święty spokój, by ten czas spożytkować tak, jak się zaplanowało. Czas, by napisać wszystkie kartki, e-kartki, zadzwonić do wszystkich i odwiedzić tych, do których zadzwonić jest zbyt trudno. Czas przesilenia zimowego, najkrótsze dni roku.


środa, 31 sierpnia 2016

Jak własną kieszeń, jak własną

Znam dyskografię Noir Désir jak własną kieszeń. Nie. Znam dyskografię Noir Désir jak trasę Kraków–Łódź, Kraków–Warszawa i jeszcze parę innych tras. Na pamięć. Tu kawa, tam siku, tu „do”, tam „z powrotem”. Przejechałam całą Polskę tam i z powrotem, słuchając jednej płyty. Jednej. Jednej, na której zmieściło się trzy czwarte dorobku płytowego tego zespołu w postaci mocno skompresowanych empetrójek. Ktoś powie, jak mogłaś? A ja powiem, że nie tylko mogłam, ale wręcz nie mogłam inaczej. Puszczałam jakąkolwiek inną muzykę i zawstydzona po paru kilometrach wracałam do Noir Désir.

Fela, moja szmaragdowa Fela, której zabójstwo (eutanazja...) zleciłam niemal rok temu, miała w sobie tyle elektroniki, ile w nią włożyłam – radio z CD. Na tym sprzęcie nie dało się słuchać chyba nic. Głośniki – rzęziły. Radio charczało, usiłując złapać oddech, wróć – zasięg. Fela przy setce na godzinę zaczynała wyć, przy przepisowych 140 ryczała jak czterdziestki i pięćdziesiątki naraz. Fela, cud technologii czechosłowackiej, czyli Škoda Felicja, rocznik 1999, najlepszy. Cuda robiłyśmy razem, na wysokich obrotach, na maksie silnika, na maksymalnej dozwolonej prędkości. Fela, ja i Bertrand.

Fela mnie kilka razy zawiodła: a to regulator napięcia (trzydzieści parę złotych za część vs. zylion za konsultacje pana mechanika), a to uszczelka pod głowicą (objawy były nietypowe, ale jaka pani, takie auto – niestandardowo obie przechodzą choroby). Akumulator, pęknięta opona. Name it – byłyśmy tam z Felą. Bertrand też mnie zawiódł. Po wyjściu z pierdla nagrał piękny teaser z Noir Désir, a potem grupa się rozwiązała.

Wszystko dobre, co się kończy. Fela związana jest dla mnie nierozerwalnie z Noir Désir; dzięki odejściu Feli, zaakceptowałam także koniec istnienia zespołu.

Wszystko dobre, co się kończy. Dobre to, co się dobrze kończy. Kończy się nawet to, co dobre. Głodnych nakarmić, spragnionych napoić, odchodzącym pozwolić odejść. Adieu!

środa, 10 sierpnia 2016

Pogrzebów się nie planuje


Kiedyś najważniejszy był kalendarz. W nim notatki z każdego dnia – krótkie, parę słów, nawet nie zdanie, nawet nie równoważnik zdania. Wyrwane z kontekstu słowa, które dwadzieścia lat później już nic nie znaczą.
Niemiecki był nudny, z fizyki uciekłam. Nienawidzę fizyczki. 
Miały wartość w dniu, gdy je zapisano. Może zyskają znaczenie za kolejnych dwadzieścia lat. Może wtedy już nic nie będzie miało znaczenia?
Źle się czułam. Siedziałam długo w parku (Proust), potem lody na Starowiślnej. Kolejka. Nikogo nie obchodzę.
Dzisiaj kalendarz jest wirtualny i życie coraz bardziej staje się wirtualne. I ludzie są wirtualni. Prawie „są”, czasem naprawdę, a niekiedy już ich nie ma. Planujesz coś i wyobrażasz sobie, że tak będzie, a potem już nie wiesz, czy naprawdę było. Twoja wyobraźnia też jest wirtualnym światem.
Nie umiem na niczym się skupić. Wszystko mi ucieka i nie wiem, gdzie się podziewa.
Planujesz życie w kalendarzu. Poniedziałek – francuski, wtorek – pisanie i czytanie, środa – zanieść książki do biblioteki, francuski, zapłacić czynsz, odebrać awizowany list z poczty, posprzątać kuwetę, zrobić obiad do pracy, nakarmić kota, wziąć prysznic. Piątek – piąta rano – obudzić się, pół minuty po piątej – otworzyć oczy. Trzynasta dwadzieścia jeden – uśmiechnąć się do kolegi w pracy, punktualnie! Osiemnasta – wyjść z pracy. Osiemnasta trzydzieści sześć dwanaście sekund – przekręcić klucz w zamku.

Stoisz w progu. W kalendarzu nie zaplanowano zdjęcia płaszcza, zsunięcia butów. W wyobraźni już są zdjęte, stoją pod wieszakiem.
Odebrałam sukienkę od krawcowej, mam sukienkę na studniówkę, choć jeszcze nie wiem, czy pójdę na studniówkę. 
W twoim kalendarzu nie ma miejsca na współczucie, bo kogoś pobito (przedwczoraj), na ubolewanie, że ktoś się rozchorował na wakacjach. Nie ma czasu na płacz, że ktoś nie odpisuje. Brak luki w twoim kalendarzu na pogrzeb, bo pogrzebów się nie planuje. Tylko między dwudziestą dziewiętnaście a dwudziestą dwadzieścia jest trzydzieści sześć sekund na smutek. Sprawiedliwie dzielisz go między wszystkie wydarzenia losowe, dziewięć sekund – zmiana smutku.
Dwadzieścia cztery godziny w autobusie! Jak ja to zniosę? Ale się ekscytuję wyjazdem. Słucham Brahmsa i podskakuję przy nim. Sama, sama, sama! 
Życie ucieka zbyt prędko, by nie planować w kalendarzu takich wydarzeń, jak zbyt wolno ładujące się strony internetowe.
Aplikacja kalendarz jest niedostępna. Proszę, spróbuj później.