czwartek, 23 kwietnia 2009

Gram w Mario

Jak tylko mam 10 minut gram w Mario. Raz, właściwie nigdy więcej, bo się za bardzo denerwuje. Aha, gram w Mario Forever 4.0. Jestem w piątym świecie i nie mogę przeskoczyć przez latające żółwie. Kompletna abstrakcja...

Katastrofa

Nie wiem sama, usiąść ręce załamywać, czy stojąc, wykonywać to samo? Nie wiem, no kto mi powie, proszę?

Staję się coraz bardziej ekspertem od spraw samochodowych - Fela psuje się w każdym możliwym miejscu. Zapalniczkę chciałam obejrzeć, jak to się do tego podłącza ładowarkę do komórki i co? wypadła, zepsułam, teraz jest w miejscu zapalniczki dziuuuuura. Zameczek od klapy bagażnika raz się zatrzaskuje, a raz odbija delikatnie lub nie (jeśli silniej trzasnę w zdenerwowaniu).

Wczoraj gaz nie przeskoczył na benzynę i stanęłam w szczerym polu - choć myślałam, że szczerych pól pod Krakowem już nie ma. No nie ma. Na horyzoncie (czyli 50 m dalej) był dom (oddalony od drogi kolejne 50 m), jednak karmiona od dzieciństwa opowieściami o okrucieństwie ludzi w ogóle i ludzi na wsi, tylko czyhających na młodą kobietę (młodą? dyskusyjne; kobieta? w bojówkach, bez makijażu i wstrętnym pryszczem na policzku), postanowiłam zadzwonić. Tata pomógł. Ponarzekał, ale pomógł. Pomoc nadjechała z 5 litrami benzyny w pojemniku po Borygo (och, już nawet wiem, co to Borygo. A niedawno jeszcze byłam pewna, że to lokalna odmiana Boryny). Za pomocą butelki po Muszyniance z dnem oberżniętym nożem (jakież to szczęście, że się przeprowadzam i w natchnieniu do pojemnika na wodę w ekspresie do kawy wrzuciłam dobry nóż i wyciskacz do czosnku, co mi przypomina o tym, że wyciskacza owego nie wyjęłam z pojemnika na wodę w ekspresie i wypiłam już dwie kawy, czosnkowe, to tłumaczy, czemu smakowały tak sobie, a ja, naiwna, tłumaczyłam to sobie zmianą wody warszawskiej na krakowską) wlaliśmy benzynę do baku (proste to nie było, bo przecież tam jest taka "klapka", którą normalnie nos tego urządzenia do tankowania na stacji benzynowej popycha i wtedy się wlewa: ja zatem trzymałam nóż we wlewie popychając tę klapkę, trzymałam butelkę służącą jako lejek i dopiero wtedy prędkościodajny płyn się polał) i Fela zapaliła, i pojechała.
Niech mi kto wytłumaczy, czemu ten pieprzony przełącznik się zepsuł??? Czemu znowu mnie to spotyka? Kto ma większego pecha niż ja? Czemu znowu ja?
Ależ retoryczna jestem dziś. Dosłownie i w przenośni, o ile o retoryce świadczy liczba nawiasów w tekście.
Spróbuję wyliczyć awarie Feli:
1. akumulator - komis wsadził zapewne "lewy" akumulator i, gdy ja, uniesiona zapałem kierowcy prawo posiadającego od miesiąca, postanowiłam przewieźć moje szczęście, innego rodzaju szczęście się skończyło i Fela zdechła w okolicach ulicy Obrońców Tobruku. Tata pomógł, odsiecz nadeszła (prawie jak pod Tobrukiem), w postaci mamy (błyskawicznie się zdenerwowała, ujrzawszy, kto jest przy mnie, poza Felą). Odholował Felę na pobliski parking, a następnego dnia przybył z nowym akumulatorem. Wsadził, podpiął (a mróz był siarczysty!), Fela zaharczała i zapaliła.
2. koło - od początku wiadomo było, że Fela ma jedno koło lewe, ale gumiarz (sorry: wulkanizator) powiedział, że można jeździć. Posklejał i założył. Do tematu jeszcze wrócę.
3. parę dni później Fela poszła do warsztatu, bo zamek w tylnych drzwiach nie respondował na wołanie centralnego zamka, bo radio nie chciało się założyć, bo coś tam i jeszcze coś tam. naprawili też wskaźnik temperatury silnika i zgasili wiecznie świecącą się kontrolkę poduszki powietrznej, co ma mi w razie czego życie uratować (obym w złą chwilę nie powiedziała).
4. w międzyczasie tata odstawił Felę do gazownika, który powiedział, że jest OK i to wszystko. Potem okazało się, że łgał. Do tego jeszcze wrócę
5. w międzyczasie międzyczasa tata zawiózł Felę do elektronika, który naprawił centralny zamek
6. Fela znowu stanęła na Starowiślnej, w drodze z warsztatu (tego, co w pkt 3). Zapaliła wprawdzie, ale nie na długo - dojechała na Brzozową i już nie poprawiłam parkowania, bo nie zapaliła ponownie. Następnego dnia tata pomógł, odholował z panem z warsztatu Felę na Wrzesińską. Pierwsza diagnoza mnie osunęła na ziemię: pompa paliwowa. Jak potem sprawdziłam na Allegro, to pomyślałam, że moje konto takich wydatków nie przewiduje. Uff, to była uszczelka pod pompą paliwową. Bagatela, sześć stówek.
7. w końcu pojechałam do warszawy i tam się podziało: Feli zostawiłam lampkę w środku zapaloną i nie zapaliła Fela. Aku. A ja podejrzewałam centralny zamek, o którym wyczytałam w instrukcji, że w chwili alarmu blokuje dopływ paliwa. Przy okazji, zeszło powietrze z jednej opony. Długo szukałam warsztatu w Warszawie - tydzień. Pani Barbara pomogła, chłopcy przyjechali, odpalili na kablach, napompowali koło, zabrali Felę. Kazali kupić nowe opony, nowe felgi, jak się załamałam, że kasy nie mam, powiedzieli, żeby ostrożnie jeździć, nie szybko i nie po krawężnikach, a felgi wyklepali. Stówka.
8. tu mogę wrócić do gazu: "chłopcy" od pani Barbary obejrzeli dokładnie samochód i pokazali, że koło reduktora, w instalacji gazowej, coś nie tyle cieknie, co skrapla się. Borygo. pojechałam z tym do gazownika w Krakowie, co wcześniej nie miał zastrzeżeń. Nagle teraz miał dużo zastrzeżeń i ponoć mówił o tym tacie. Tata sobie nie przypomina... Łżą, wszyscy łżą.
9. już prawie ciepło było (znowu w Warszawie), jak mi buc jakiś pod oknem przeciął oponę. Na flaku zajechałam do wulka, który zabrał oponę na dół i po chwili przyniósł na górę, prezentując dwie dziury po nożu. Ach, zapomniałam, koło zmienił mi sympatyczny pan sprzedający owoce na rogu Iwickiej i, hmmm, nie wiem jakiej. Stówka - nowa opona, założenie, wyważenie albo i co innego.
10. potem byłam długo w Krakowie i wszystko było w porządku. Ale umówiłam się z kolegą, że naszego wspólnego pana profesora w Warszawie odbiorę z dworca i zawiozę na wykład, a potem odstawię na dworzec z powrotem. No i skończyło się na parkingu w Złotych Tarasach, gdzie Fela stanęła na środku. Wokoło mercedesy, audi, porsche... a tu wszystkich blokuje skromna, dziesięcioletnia, ale jakaż śliczna Fela. Mili panowie z ochrony parkingu pomogli. Przyjechała też Dorota z odsieczą (a właśnie: ciągle jej wiszę za czekolady); Fela zapaliła "na pych" - czyli z górki na dwójce (och, jakich terminów się uczę...) i dojechała na tym aku do sklepu po aku. Pan w Złotych Tarasach, który okazał się prawdziwym expertem, powiedział, że ten aku jest wadliwy, nawet nie to, że słaby, tylko wadliwy, coś mu się płyty poodstawiały, czy coś takiego. Z Dorotą pojechałyśmy do Norauto, nowy aku: trzy stówki. Jeszcze chcieli 30 zł za stary, że niby kaucja ekologiczna. Nie będę ukrywać: ukradłam stary. Stał na boku, więc go wzięłam i czmyhnęłam.
11. nowe opony kupił tata, bo Darek powiedział, że na tych zimowych, to bym się zabiła wkrótce, jak się ciepło zrobi. No i są nowe. Na starych, wyklepanych felgach.
12.. silnik mi się grzeje. Jak Fela stoi, to się grzeje. Normalnie, w czasie jazdy, ma 100 temperaturę, a jak stoi, to tak pod 110. Nigdy tego poziomu nie osiągnęła, ale boję się, że osiągnie.
13. ostatni wyskok to ten przełącznik gaz/benzyna
14. zapomniałabym: wywietrznik po stronie pasażera "wpadł" do środka. ach, cóż jeszcze Fela wymyślisz?