wtorek, 25 sierpnia 2015

Najważniejsze

Dziś ważne, jutro nieważne. Poczekam, może znaczenie zmaleje do jutra. A jeśli jutro nadal będzie ważne, to przewartościuję.

Da się, wszystko się da przewartościować, zwłaszcza gdy się tego dokonuje po butelce wina i przy czekoladkach z likierem wiśniowym. Po kolejnej czekoladce cały świat jest słodki i nawet okleina kredensu kuchennego nie razi jak zwykle. Nie rzuca się w oczy, bo, widzisz, właśnie przewartościowałeś. Okleina nabrała słodyczy czekoladek. Albo likieru. Kredens jest jak wino: im starszy, tym lepszy. Że korniki, mówisz? Korniki to szczęście, dowód na to, że komuś na kredensie zależy; że właśnie kornikom – to pestka.

Znałem kiedyś gościa, który dokonał przewartościowania w złym momencie. Bo moment jest jak butelka. O świcie, po winie, możesz w pustej butelce cały świat zmieścić. Jak jajko Kolumba. Co? To nie Kolumb włożył jajko do butelki? Nieważne, nawet jeśli to nie on, to co z tego? Świat więc możesz zmieścić w butelce, o świcie, przy wtórze ptaków, a potem tylko patrzysz na świat i patrzysz, i nie możesz się nadziwić, że świat taki wielki. Taki wielki, a w takiej butelce się mieści. Bo najważniejszy jest moment mocy i jego uchwycenie. Wtedy tylko chwytasz co możesz i pakujesz do tej butelki. Do butelki wszystkich butelek.

To przewartościowanie, tak? O tym mówiłem? Nie słuchasz mnie. 

Ten gość chwycił moment mocy i przewartościował. Jego dom się palił, jak stos się palił zapałek. Bum! – stanął w płomieniach, pewnie na kreskówkach to widziałeś. Obrazek pierwszy sielski, wszyscy śpią, obrazek drugi – „bum” i „sss”, syczą płomienie. I gość, jak spał, tak wstał: w majtkach i koszulce, żadnych tam modnych kraciastych spodni nie miał ani nawet japonek z tęczowymi paskami. Płomienie, mówię ci, lizały mu jaja, a on miał moc i mógł wszystko pakować do butelki – czujesz sytuację, nie? W sytuacji mocy wszystko włożysz do butelki, jak wkładał Kolumb.

A ten facet dokonał przewartościowania.

Wyniósł z domu nie portfel z dokumentami, nie zdjęcie pradziadka na Sybirze, nawet nie papier potwierdzający ubezpieczenie czy holenderskie meble z wyprzedaży. Wyniósł worek makaronu bezglutenowego, który przywiózł poprzedniego dnia. 

Widzisz to? Czujesz? No, widzę, że nie czujesz. Worek makaronu bezglutenowego czuje tylko ten, kto go raz szukał. W sklepie dostaniesz paczkę, sto czy dwieście gram, za trzy razy wyższą cenę niż zwykły makaron. A gość miał trzy bezglutenowe gęby do wykarmienia, wszystkie trzy kochające makaron. Zdobył ten worek w cenie zwykłego szpageti i był z siebie dumny jak supermen. Tak dumny, że gdy w momencie mocy miał zbierać – jesteś tu ze mną? – wszystko do butelki, literalnie wszystko, to on z tej bezglutenowej dumy wziął do rąk worek makaronu i uratował go przed płomieniami.

Najważniejszy jest makaron, okazuje się, nawet w sytuacji mocy. Wszystko przez to, że widocznie zjadł za mało czekoladek z wiśniami. Pierdzielę? Kto, ja? Ja pierdzielę?! 

Fot. N. Bryl

sobota, 1 sierpnia 2015

Quel soleil hors de saison

Myślę, quel soleil hors de saison, idiotyzm, jest środek lata, choć wieczór, słońce ma prawo świecić, nawet w przejściu pod arkadami, gdzie dobiegają mnie jego promienie i słucham głośno muzyki. Dobiega mnie też stukanie obcasów, wbija się obcym rytmem w muzykę, raz przyspiesza, raz zwalnia, burząc moje poczucie stabilizacji.

Chcesz spokoju – zgłośnij muzykę, zagłusz wszystko, co w tobie gra.

fot. N. Bryl