Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty

środa, 31 sierpnia 2016

Jak własną kieszeń, jak własną

Znam dyskografię Noir Désir jak własną kieszeń. Nie. Znam dyskografię Noir Désir jak trasę Kraków–Łódź, Kraków–Warszawa i jeszcze parę innych tras. Na pamięć. Tu kawa, tam siku, tu „do”, tam „z powrotem”. Przejechałam całą Polskę tam i z powrotem, słuchając jednej płyty. Jednej. Jednej, na której zmieściło się trzy czwarte dorobku płytowego tego zespołu w postaci mocno skompresowanych empetrójek. Ktoś powie, jak mogłaś? A ja powiem, że nie tylko mogłam, ale wręcz nie mogłam inaczej. Puszczałam jakąkolwiek inną muzykę i zawstydzona po paru kilometrach wracałam do Noir Désir.

Fela, moja szmaragdowa Fela, której zabójstwo (eutanazja...) zleciłam niemal rok temu, miała w sobie tyle elektroniki, ile w nią włożyłam – radio z CD. Na tym sprzęcie nie dało się słuchać chyba nic. Głośniki – rzęziły. Radio charczało, usiłując złapać oddech, wróć – zasięg. Fela przy setce na godzinę zaczynała wyć, przy przepisowych 140 ryczała jak czterdziestki i pięćdziesiątki naraz. Fela, cud technologii czechosłowackiej, czyli Škoda Felicja, rocznik 1999, najlepszy. Cuda robiłyśmy razem, na wysokich obrotach, na maksie silnika, na maksymalnej dozwolonej prędkości. Fela, ja i Bertrand.

Fela mnie kilka razy zawiodła: a to regulator napięcia (trzydzieści parę złotych za część vs. zylion za konsultacje pana mechanika), a to uszczelka pod głowicą (objawy były nietypowe, ale jaka pani, takie auto – niestandardowo obie przechodzą choroby). Akumulator, pęknięta opona. Name it – byłyśmy tam z Felą. Bertrand też mnie zawiódł. Po wyjściu z pierdla nagrał piękny teaser z Noir Désir, a potem grupa się rozwiązała.

Wszystko dobre, co się kończy. Fela związana jest dla mnie nierozerwalnie z Noir Désir; dzięki odejściu Feli, zaakceptowałam także koniec istnienia zespołu.

Wszystko dobre, co się kończy. Dobre to, co się dobrze kończy. Kończy się nawet to, co dobre. Głodnych nakarmić, spragnionych napoić, odchodzącym pozwolić odejść. Adieu!

poniedziałek, 25 maja 2015

Sztandary i zorze

– Wie pani, nie chcemy ludzi, którzy wstają rano i odśpiewują „Czerwony sztandar do góry wznieś”. Nie chcemy jednak także śpiewających o poranku „Kiedy ranne wstają zorze”.
– A pan? Po której stronie pan się opowiada?
– Ja? – pyta, odsuwając się krok ode mnie. Prawie wchodzi na rowery zapięte do stojaka.
– Pytam, z czym pan wstaje, ze sztandarem czy z zorzami?

Milczenie. Rowery stoją dalej. Sztandary dawno opuszczone, a zorze coraz krwawiej wschodzą. 

środa, 28 stycznia 2015

I don't like...

Jesteśmy w podobnym wieku, rozmawiamy po angielsku. Niedawno skończyłam pogawędkę z jego dziadkiem. Po polsku. Dziadek, choć nie pochodzi z samego Krakowa, ma silny krakowski akcent, z przeciąganymi samogłoskami w ostatnich sylabach. Zupełnie taki, jaki miała moja babcia.

– I don't like Poles. Nie lubię Polaków – nalewa mi rubinowe wino z karafki, już niemal pustej. Półlitrowa, druga, zastanawiam się, czy mam gotówkę na trzecią – bar nie przyjmuje płatności kartą, a mój towarzysz nie ma złotówek. Gdy mi to wyznał, zaśmiałam się i po europejsku zapytałam, czy ma euro, a on na to, że tylko szekle i drobne dolary.
– If you don't like Poles, you don't like me. Jeśli nie lubisz Polaków, to mnie nie lubisz.
– I like you. Lubię cię. You are just like one of us. Jesteś jak jedna z nas. – wino czerwone jak morze nas łączy. I ironia, która – jak mi wyznaje – pozwoliła Żydom przetrwać zburzenie świątyni, średniowieczne getta, pozwoliła im przeżyć holokaust. Z ironią komentuję w myślach, że nie mogę powiedzieć „I don't like Jews.”.

fot. N. Bryl
Dlaczego wcześniej nie przyjechał do Polski? Nigdy dotychczas nie był poza Izraelem. Płacę za trzecią karafkę i mówię, że choć mam ochotę na czwartą, to już nie mam pieniędzy; muszę wypłacić z konta. Chodźmy.

Koniec nocy, pijani rabinowym, tfu, rubinowym winem, stukamy obcasami, jak oficerowie, po bruku Szerokiej w jej najwęższym odcinku. Opieram się o mur cmentarza. On staje obok mnie.

W romantycznym filmie stanąłby obok mnie i pocałował. Tym pocałunkiem zamknęlibyśmy usta antysemitom i nienawidzącym Polaków. A potem żylibyśmy długo i nieszczęśliwie, on nad Morzem Czerwonym, ja nad czerwonym winem.

W horrorze on stanąłby obok mnie i zasłonił sobą, broniąc przed oddziałem zombich. Wyrośliby z każdego kociego łba ulicy Szerokiej, bo na tej ulicy każdy kamień jest kamieniem nagrobnym.

W dramacie stanąłby obok mnie, a ja zasłoniłabym go sobą i razem zginęlibyśmy od kuli niemieckiego żołnierza, który w środku nocy nas przypadkowo przyłapał na nieczystej rasowo schadzce.

To jednak była komedia i tej nocy lekko pijany polsko-izraelski tandem usiłował wdrapać się na mur cmentarny, by jeszcze przed świtem zapalić znicz na grobie rabina Isserlesa.

Historia bardzo luźno oparta na wydarzeniach. 

czwartek, 14 sierpnia 2014

„W mojej ojczyźnie” (dziesiąta rocznica śmierci Czesława Miłosza)


O tym, że Czesław Miłosz zmarł, dowiedziałam się kilka dni po jego śmierci. W połowie sierpnia 2004 roku, równo dziesięć lat temu, wędrowałam po Alpach Kamnickich w Słowenii, bez dostępu do jakichkolwiek mediów; doniesienie to więc mnie ominęło. Parę dni po 14 sierpnia zjechałam do Ljubljany, głównie na kawę (której w słoweńskich Alpach z nieznanego mi powodu nie podawano). Dziwnie chodziło się po wyślizganych kocich łbach w porównaniu z ostrymi skałami gór. Panował też niemiłosierny upał, trudny do zniesienia po tygodniu w polarze lub, co najwyżej w dolinach, podkoszulku. Lniana sukienka parzyła w ramiona. Mimo to, czułam taką lekkość, jaka towarzyszy zdjęciu ciężkiego plecaka, nieodłącznego rekwizytu wędrówek górskich.

Pierwszym przybytkiem, który w Ljubljanie odwiedziłam, była jednak klimatyzowana knajpka internetowa. Portale krzyczały: „gdzie pochować Miłosza”, „nie oddamy Skałki Litwinowi”, „marsz młodzieży narodowej w obronie Panteonu na Skałce”, „nie dla propagandy homoseksualnej Miłosza” i tak dalej. Mimo cudownego chłodu panującego we wnętrzu, zrobiło mi się gorąco, duszno, zabrakło mi powietrza.

Dowiedziałam się nie tego, że Czesław Miłosz nie żyje, ale jak wielkim antypatriotą był i jak bardzo szkodził Polsce. Wskazywano na jego antypolskie wspomnienia, identyfikację z „małą ojczyzną” – Litwą, emigrację jednoznacznie interpretowano jako porzucenie kraju. Mało kto tyle złego wyrządził Polsce, tyle czarnego „pijaru” naprodukował przez lata.

Nie jestem (i nie byłam) miłośniczką poezji Czesława Miłosza. Cenię jego prozę, szczególnie „Dolinę Issy” – paradoksalnie właśnie za jej poetyckość, za doskonały warsztat literacki i dbałość o słowo, a szczególnie za to, że tak wysoką rolę przypisywał pamięci ludzkiej. Ale trudno mi było wtedy, w Ljubljanie, zrozumieć, że ten człowiek, który otrzymał Nagrodę Nobla, ergo, został doceniony przez cały literacki świat, ten człowiek, który przez lata na prestiżowym amerykańskim uniwersytecie uczył literatury polskiej, człowiek ten jest tak bardzo poniewierany przez... właśnie, przez kogo? Bandę „no name'ów, no face'ów” w maskach rzucających kamieniami na manifestacjach równościowych. Tak zwanych patriotów, nierozumiejących, czym jest „mała ojczyzna”, czym jest patriotyzm, a czym nacjonalizm.

Słoweńcy, których spotkałam tego dnia w stolicy ich kraju lub w Mariborze, dokąd zaraz potem pojechałam, gdy słyszeli, że pochodzę z Polski, mówili: „Słyszeliśmy, straciliście Noblistę...” i były to słowa współczucia składane przez Słowenię, a ja te słowa przyjmowałam jako Polska. Miałam im tłumaczyć, że nie lubię Miłosza, miałam wyjaśniać, że w Polsce jest wielu takich, którzy wcale nie przyjęliby ich kondolencji za dobrą monetę? Jak uświadomić komuś z zewnątrz, że Polak dobry na świecie, jest marnym towarem w kraju?

Od tych wydarzeń minęło dziesięć lat. Miłosz leży sobie na Skałce i nie wadzi nikomu. Nawet dzisiaj nie dostrzegłam żadnych protestów w okolicy. Jego cichym towarzyszem jest Karol Szymanowski, który miał to szczęście, że gdy umierał, młodzież narodowa była na tyle dobrze wychowana, że nie prowokowała zamieszek z powodu złożenia w Panteonie wybitnego Polaka o odmiennej orientacji seksualnej, a dzisiaj młodzież narodowa jest najwyraźniej słabo wyedukowana (bo nie żąda wywiezienia Szymanowskiego ze Skałki). Miłosz zmarł w innych czasach.

„Tylko mowa jest ojczyzną” napisał w „Traktacie poetyckim”. W innym wierszu powiedział z kolei „W mojej ojczyźnie, do której nie wrócę”. Mowy nigdy nie porzucił, nie wyrzekł jej się i w tej ojczyźnie, śmiem twierdzić, pozostał na zawsze. To także moja ojczyzna, o którą – uprzedzam – będę walczyć. Nie mogą mieć do niej wyłącznych praw ci, przez których duszno zrobiło mi się w klimatyzowanej internetowej knajpce w Ljubljanie i poczułam, że pragnę uciec w odcięte od świata Alpy Kamnickie. 

czwartek, 10 lipca 2014

Gabinet osobliwości

Jeszcze całkiem niedawno temu powołujący się na klauzulę sumienia umieściliby zarówno dziecko, Jasia, jak i jego matkę w gabinecie osobliwości. Jasia w formalinie*, matkę w klatce, jak kiedyś „hotentocką Wenus”.
Bardzo to ludzkie podejście, bo nieco wcześniej „matka potwora” zostałaby oskarżona o spółkowanie z diabłem. W najlepszym razie groziłaby jej za to próba wody lub stos. Gdyby trafiła na lepszych chrześcijan, to trafiłyby jej się tortury. Ciekawscy praworządni dysponenci czystego sumienia chcieliby bowiem wiedzieć, jak doszło do zapłodnienia przez diabła (ze szczegółami). Oj, gdyby wiedzieli, że diabeł po prostu bawi się probówkami...

* Ostrzegam przed klikaniem, ale rozumiem, że ciekawość trzeba zaspokoić. 

wtorek, 22 października 2013

Koczowniczka

Trafiłam do Parady oszustów, czyli zostałam zaliczona do V kolumny żydowskiej (kliknięcie w link na własną odpowiedzialność). Bardziej się boję niż cieszę. Staję przed lustrem. Szukam w sobie cech żydowskich przywoływanych przez antysemitów. Dziś to nie nos ani uszy, ani nawet świeża maca zjedzona na śniadanie świadczą o tym, kto jest Żydem, kto nie. Wystarczy podpisać petycję.


Jestem zażenowana, czytając, jak tzw. porządni obywatele donoszą na innych obywateli. Czuję niesmak i strach. Dzisiaj portal, jutro parlament, pojutrze emigracja. Na szczęście zaliczono mnie do koczowników. Ruch mi sprzyja. Spakuję manatki i spadam stąd, bo tu sąsiad zabija sąsiada.


niedziela, 25 sierpnia 2013

Cuda


Cień się pojawił i pojawiają się pytania:

1. Czy to prezydenta, czy premiera cień?
2. Prezydent lub premier, nieważne; istotne, dlaczego mają profil jak gzyms?
3. Jeśli prezydent, to gdzie należy szukać profili pozostałych ofiar wypadku samolotu pod Smoleńskiem?
4. Jeśli premier, to czego cień jest zapowiedzią?

niedziela, 3 marca 2013

Konina w wołowinie, Wałęsa o homoseksualistach, czyli żyjemy w Polsce

Liczę na to, że wykrycie polskiego mięsa końskiego przez Irlandczyków w wołowinie coś zmieni. Może zdamy sobie sprawę z tego, że producenci żywności dosłownie robią nas w konia, sprzedając cokolwiek. Potrzeba świadomych konsumentów, którzy potrafią odróżnić towar jakościowo zgodny z nazwą i opisem od śmieci.
Choć, niestety, niedawna afera parówkowa najwyraźniej nic nie zmieniła.
Boli to, że zmieni się opinia zagranicą o polskiej żywności, o polskim mięsie, dotychczas dobra.

Pan Wałęsa natomiast, podobnie jak ksiądz-profesor Longchams de Bérier, powinien zastanowić się zanim coś palnie. Nie ma znaczenia, czy wypowiada się o większości, mniejszości czy o jednej osobie. Ważne, że mówi o człowieku, o ludziach bez szacunku. Były prezydent RP nie potrafi sformułować wypowiedzi tak, by nie obrażać rodaków. Ktoś, kto nosi obrazek Matki Boskiej w klapie marynarki, nie wie, czym jest przykazanie miłości głoszone przez jej syna. Ktoś, kto „Bogiem i Ojczyzną” wyciera sobie usta, nie rozumie, że jego Bóg jest Bogiem miłości bliźniego, a jego ojczyznę zamieszkują różni ludzie.
Oni muszą wiedzieć, że są mniejszością i muszą się do mniejszych rzeczy przystosować. A nie wchodzić na największe szczyty, na największe godziny, największe prowokacje, żeby psuć tych innych albo wybierać z tej większości – wyjaśnił prezydent. – Nie zgadzam się z tym i nigdy się nie zgodzę – zapowiedział. 
Jego zdaniem w polskim Sejmie homoseksualiści powinni siedzieć w ostatniej ławie sali plenarnej, a nie gdzieś na przodzie. – A nawet jeszcze za murem – twierdzi Wałęsa. 
Pamiętam to chamskie: „ja temu panu ręki nie podam, co najwyżej nogę”, z którego śmialiśmy się wszyscy. Śmialiśmy się, nie wiedząc, co jeszcze pan Wałęsa może powiedzieć w przyszłości.

Taki polski wstyd.

wtorek, 5 lutego 2013

Radość, zobaczyć...

Przyjemnie mi, gdy okazuje się, że przypadkiem rzucona moja porada trafiła we właściwe miejsce. Dzięki temu na pewnej wystawie w Paryżu będzie także obraz Witkacego. 

czwartek, 17 stycznia 2013

Kłótnia myśli (Igor Ostachowicz)

Kłócę się od kilku dni w myślach o książkę pana Igora Ostachowicza Noc żywych Żydów. Pomysł mnie zachwycił, ironia, której książka jest pełna, to jedyny środek, którym ten temat można potraktować, ale ten język...

Moje myśli mogą już być stare i dlatego taki język wywołuje ich kłótnię. W takim razie moje myśli zawsze były stare, bo elegancja Sebalda czy Huellego lub śpiewność Mahfuza, Pamuka i Tokarczuk bliższe mi są niż bałagan i epitetów spiętrzenie pana Ostachowicza.

Rozumiem, że współczesny człowiek takim językiem mówi, ale czy naprawdę książka, dobra książka, ma odzwierciedlać ten język w pełni? Nie mogę się z tym zgodzić. Książki właśnie dlatego pisze się. Jak w mowie styl książkowy się nie sprawdza, tak i w piśmie rzadko kiedy, rzadko komu udaje się pisać językiem mówionym. 

środa, 19 grudnia 2012

Skarga na ludzi

Coś jest nie tak.

Spokojnie proszę o ciszę, gdy po 23.00 sąsiedzi śpiewają kolędy przy akompaniamencie rozstrojonej gitary. Mniej spokojnie proszę po 24.00, gdy sąsiedzi skaczą i tańczą, głośno się śmiejąc. Ciągle jednak kulturalnie i spokojnie.

Nagle ktoś mi przerywa, gdy mówię, że to środek tygodnia i wypadałoby trochę ciszej i słyszę, że kolęd już się nie śpiewa, impreza przeniosła się do innego pokoju, a ja jestem awanturnicą zabraniającą ludziom zabawy, bo przecież żadnych imprez tu się normalnie nie robi.

To noc z wtorku na środę, 18/19 grudnia. Czy ludzie nie mają na tyle kultury, by spokojnie powiedzieć: przepraszamy za niepokojenie w środku tygodnia, będziemy się starać ciszej bawić? Wystarczyłoby.

Dlaczego w tym kraju odwraca się role? 

niedziela, 11 listopada 2012

Na 11 listopada

Odnoszę wrażenie, że niektórzy patrioci przyprawiają wszystkim Żydom pejsy, by przypadkiem nie pominąć żadnego, nie omylić się, gdy będą dokonywać selekcji.
Jakby nigdy nie było asymilacji, akulturacji, jakby nigdy Żydzi Polakami nie byli!

piątek, 5 października 2012

Don Matteo

Podpuszczona przez twitterowego @Drezyna, zaczęłam wyobrażać sobie kolejne odcinki z udziałem ojca Mateusza, który bierze udział w reformie Kościoła i odnowie społeczeństwa polskiego.

Przykładowe tematy:

Ojciec Mateusz na tropie podziemia aborcyjnego, rzucający na odległość klątwę na klinikę na wodzie i wtrącający do więzienia babkę-aborcjonistkę spod Sandomierza.

Ojciec Mateusz badający w ośrodku rekolekcyjnym przypadek molestowania seksualnego chłopców przez księdza.

Ojciec Mateusz ukrywający na plebanii zakonnicę oskarżoną o dziurawienie prezerwatyw przeznaczonych na eksport do Afryki, mających chronić przed zakażeniem HIV.

Ojciec Mateusz biorący udział w szturmie na klinikę dokonującą zabiegów in vitro, by odbić zamrożone zarodki, ochrzcić probówki, pochować je w zbiorowym grobie dla probówek.

Ojciec Mateusz przebrany za młodą dziewczynę usiłującą kupić środki antykoncepcyjne, sprawdzający, czy aptekarze przestrzegają klauzuli sumienia.

odcinek specjalny:
Ojciec Mateusz na Marsie, gdzie znaleziono ślady życia, stwierdza, jak to życie zostało poczęte i zbiera dowody na to, że Marsa stworzono w siedem dni.


poniedziałek, 24 września 2012

Inscenizacje historyczne

Coraz bardziej denerwują mnie wszechobecne inscenizacje historyczne. Nie tylko ze względu na propagowanie kultu żołnierza, ostatniego z interesujących mnie osobiście kultów, a drugiego (po kulcie religijnym) na mojej liście kultów do wytrzebienia. Również dlatego, że pokazywanie dzieciom, jak to na wojence ładnie sprawia, że dzieciom się wojenka podoba i podobać będzie nadal za lat dwadzieścia, gdy nam ładną wojenkę urządzą.

Moja ciekawość pcha mnie też do pytań o nowe inscenizacje, nie tylko polskie. Skoro Grunwald robią Polacy, bo to polska wygrana („polska sprawa” to umowna sprawa), czekam, kiedy Niemcy zrobią jakąś inscenizację. Na przykład inscenizację tłumienia powstania warszawskiego (jestem za zburzeniem w ramach tej inscenizacji kilku architektonicznych potworków stojących w centrum nowej Warszawy). Lub alianci wygotują inscenizację bombardowania Lipska czy Kolonii, a może nawet Berlina.

Idę dalej: czy Berlin, stolica na skraju bankructwa, a może nawet już zbankrutowana, jest ubezpieczona od zniszczeń powstałych w wyniku inscenizacji historycznej? Może to jest sposób na uniknięcie plajty?

PS Oburzonym przypominam: ironia, słowo-klucz. Co nie zmienia faktu, że inscenizacji nie trawię. 

niedziela, 29 lipca 2012

Jezus i Isia

Naród w żałobie, bo cud, który był w garści, nie stał się ciałem. Mimo wyznania wiary na korcie uczynionego.

Wyznanie wiary na korcie. Źródło: twitter.

Wiara wiarą, a nogi nogami. Nie wiem, co by na tę prośbę powiedziały siostry zakonne noszące jednak (mimo równie młodego nieraz wieku) długie, przyzwoitsze sukienki.

Nagłówek artykułu. Źródło: sport.pl,
wyb. mariw, 27.07.2012, 8:48, aktualizacja 27.07.2012, 17:51.
Treść artykułu. Źródło: sport.pl,
wyb. mariw, 27.07.2012, 8:48, aktualizacja 27.07.2012, 17:51.

Tak oryginalnie wyglądał strój kobiet, reprezentantek RP, na inaugurację olimpiady.

Zdjęcie z artykułu: chodziarka Paulina Budziak.
Źródło: sport.pl, wyb. mariw, 27.07.2012, 8:48, aktualizacja 27.07.2012, 17:51.

A tak wyglądała sukienka Isi. 

Zdjęcie zamieszczone w artykule: Jakuba Ciastonia, Radwańska dla Sport.pl,
Ceremonia fajna, choć nie wszystko widzieliśmy,
Źródło: sport.pl, 28.07.2012, 16:31, aktualizacja 28.07.2012, 16:31.

Media donoszą, że to „Kraków stracił szansę na medal”; trudno się z tym zgodzić. Szansę pogrzebała swoim nieprzyzwoitym strojem sportsmenka. W mieście papieża to się nie godzi.  

Nagłówek artykułu. Źródło: sport.pl,
szop, 29.07.2012, aktualizacja 29.07.2012, 15:35. 

Jak taka fenomenalna, to dlaczego nie jest wyżej w rankingu WTA? Jest 24 (słownie: dwudziesta czwarta). 

Treść artykułu. Źródło: sport.pl,
szop, 29.07.2012, aktualizacja 29.07.2012, 15:35.

Niemniej jednak jest to sensacja, która zasługuje na czerwoną aplę na stronie gazeta.pl. Dziwię się, że nie na czarną.

Strona główna gazeta.pl.

Wszystko przez tę za krótką spódniczkę. Jezus nie lubi wyzywających strojów. Nie trzeba było skracać. 

środa, 4 lipca 2012

Populizm

Populizm zawsze się degeneruje. Jeśli raz się zejdzie na takie tory, to już się z nich nie wróci. Nie twierdzę, że takim błotem politycznym obrzucał swoich przeciwników Jarosław Kaczyński - takim, jak Stanisław Pięta - ale gdyby nie grunt przez Jarosława Kaczyńskiego spulchniony, Stanisław Pięta nie mógłby siać. A kto zbierze żniwa?

Zwracajcie uwagę na przyczepy. Zorganizujemy im "godne" powitanie każdego dnia, w każdym mieście. Będą tak spie..., że zatrzymają się dopiero u swojego mocodawcy Putina. 
Wszyscy to cytują i ja się nie powstrzymuję. Jeszcze pięć lat, nie więcej, daję na ujednolicenie Polski. Mam też nadzieję, że jeśli durnowaci zwolennicy PiS pójdą z kosami na przedstawicieli Ruchu Palikota, to za ewentualne obrażenia oskarżony zostanie ten, który kazał strzelać, a nie ten, co strzelał.

Proszę, jak łatwo wpasować się w mundur i buty generałów Jaruzelskiego, Kiszczaka i innych...

piątek, 29 czerwca 2012

Polska

Hipokryzja rządzi. PiS ustami posła Piechy domaga się kary za zapłodnienie in vitro. T. Terlikowski krzyczy, że w lodówkach leżą zamrożeni ludzie.

Kraj bez cyca, kraj bez jaj. 

czwartek, 21 czerwca 2012

Żałość nowych mediów

Żałość wzbiera, gdy człowiek obśmiany, publicznie się skarży. Gdy pisze na twitterze, na facebooku lub nawet w mailu skierowanym do większej liczby osób, że „dostał unfollow”, „XY mu dał blocka” lub że obrzucono go (w jego mniemaniu) złośliwościami.

Zamiast zastanowić się, dlaczego tak się stało i co jest we mnie, co taką akcję spowodowało, szuka się winy w tej drugiej osobie. Takie to... drobnomieszczańskie. Takie to polskie. 

niedziela, 17 czerwca 2012

Dom i Biedronka

Po to kupiliśmy dom na trzydziestoletni kredyt, żeby robić zakupy w Biedronce. 

A to Polska właśnie. Dom, wydawało mi sie, kupuje się, bo się o nim marzy, bo pragnie się ogrodu, bo to i bo tamto. Nie zaś po to, by móc kupować w Biedronce. Widać mam inne marzenia i priorytety. 

wtorek, 12 czerwca 2012

Frustracja

Jazda po Polsce wiąże się z frustracją: co się rozpędzisz, to od razu fotoradar i ograniczenie do 50/h.