Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludzie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludzie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 września 2023

A gdzie pani mieszka?

 – A gdzie pani mieszka? Może miejsce powoduje chorobę? – pyta lekarka, pogłębiając wywiad. 

– Poza centrum, ale prawie całe życie mieszkałam na Kazimierzu, a wie pani, tam wilgoć, kamienie, ciasne, wybetonowane podwórka, samochody, nie to, co teraz, zieleń wokół, widok na park… 

– Ja to samo – przerywa – wychowałam się na rogu Alei, za dużo samochodów, za mało zieleni. Teraz mam zieleń, ale nie mam sąsiadów, bo trudno o sąsiadów, jak się mieszka na odludziu. Wie pani – śmieje się – tak teraz te mieszkania budują, że wchodzi się z klatki schodowej prosto do kuchni. Kupiliśmy więc dom, jak na Alejach kamienicznik podniósł czynsz. Nie robił remontów do tego, musieliśmy się wyprowadzić.

– Moi rodzice też się wyprowadzili z Kazimierza – komentuje pacjentka ze zrozumieniem w głosie – te same problemy, a przecież moja mama w tym mieszkaniu się urodziła. 

– Moja mama we Lwowie – lekarka dorzuca, kiwając głową. 


Kilkadziesiąt sekund rozmowy, może minuta, a dotknęły nie tylko większości problemów przeszłości polskiej ostatnich ponad stu lat, ale także tych, które gnębią nasze społeczeństwo dzisiaj. 

Na pytanie „Gdzie pani mieszka?” powinno się w naszym kraju odpowiadać „w przeszłości”. 



czwartek, 14 września 2023

Spotkania (można)

Na dworcu, na lotnisku ludzie przechodzą, mijają się, nie dostrzegają się albo widzą zbyt dobrze i kryją wśród wieszaków luksusowych marek. Można minąć ukochaną osobę, nie zauważając jej. Można spędzić godziny z nieznajomym na rozmowie, od której oderwie cię tylko ostatnie wezwanie na dawno zapomniany lot. 

Można też w tłumie na warszawskim Dworcu Centralnym wypatrzeć Kopta, poznanego kilka dni wcześniej w Kairze, z którym za następnych kilka dni ma się umówioną konferencję telefoniczną. I unikać go, kryjąc się na ruchomych schodach, by nie musieć z nim rozmawiać o niczym, bo wszystko ma zostać powiedziane na tej umówionej konferencji. 

Można być jedną z dwóch pierwszych osób odprawianych na lot do Wiednia w Marsylii, gdy drugą osobą jest pół-Polak, pół-Algierczyk, który następnie w samolocie przeznaczonym dla ponad stu osób, siada właśnie obok ciebie. „To musi być przeznaczenie” – szepczesz po polsku, a on uśmiecha się i odpowiada po francusku coś o „destin”. Ale może po prostu chodzi mu o to, że tak samo jak on lecisz do Wiednia. „Destination” nie jest daleko od przeznaczenia. 

Albo można na paryskim dworcu pełnym autobusów do Polski spotkać znajomą sprzed lat, która, zbiegiem okoliczności, ma bilet kupiony na ten sam autobus, co ty. Przegadać całą noc i już nigdy więcej się nie spotkać, choć wymiana adresów skrupulatnie zapisanych w notesach miała was związać na całe życie. 

I można wreszcie trzydzieści lat chodzić po schodach parter–pierwsze piętro, a nigdy nie spotkać sąsiada z drugiego piętra i dowiedzieć się o jego istnieniu dopiero na fejsbuku. 

Spotkania. Nie da się ich uniknąć, chyba że wieszaki luksusowych marek atakują z każdej strony.



czwartek, 13 lipca 2023

Dominanta septymowa

Pamiętajcie, byście po skończeniu tej szkoły potrafili wytłumaczyć zapijaczonemu żulowi na przystanku tramwajowym o piątej rano, czym jest dominanta septymowa –
– powtarzał, grożąc palcem w powietrzu Zbigniew C., kierujący szkolnym chórem w mojej podstawówce. Niekiedy dodawał:
Macie mydliny w żyłach zamiast krwi, śpiewacie bez życia!
Wychodziliśmy z chóru, czasem śmiejąc się z jego powiedzeń, częściej bojąc się, że znowu wyrwie komuś nuty z ręki i wyrzuci z próby, a może nawet z chóru za to, że wziął oddech w złym momencie. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to są zachowania przemocowe, które zostaną ze mną na całe życie. Wtedy też nie przyszło mi do głowy, że mimo wszystko właśnie to zdanie o dominancie septymowej także zostanie ze mną na całe życie. 

O dominancie septymowej można powiedzieć tyle, ile Wikipedia: 

Składa się z interwałów (od najniższego dźwięku): tercji wielkiej (3w), tercji małej (3m) i tercji małej (3m), czyli jest to trójdźwięk durowy z dodaną do niego kolejną tercją małą (lub septymą małą, licząc od podstawy akordu).

Albo można do tego podejść zupełnie inaczej: 

Dominanta septymowa powstaje wtedy, gdy do współbrzmienia trzech dobrze zgranych, o wesołym przekazie dźwięków, nieco zwyczajnych i ogranych, dodamy czwarty, pochodzący jakby z innego świata, lekko psujący radość, wprowadzający niepewność, zachęcający do przeżycia czegoś więcej, odkrycia czegoś nowego, pójścia tam, gdzie jeszcze nas nie było.

Dominanta septymowa poszukuje rozwiązania – jeśli go nie zapewnimy, pozostaniemy w zawieszeniu, gdzieś pomiędzy pierwszym dźwiękiem a tym, co jeszcze nie nadeszło. Być może to właśnie jest ten moment, którego tak wielu z nas szuka, ta chwila, gdy już widzimy tego króliczka, którego gonimy, ale jeszcze go nie złowiliśmy. Przecież nie o to chodzi, by złowić zajączka, ale by gonić go, gonić go, gonić... 

Można inaczej? Można. Choć moje koleżanki i koledzy z chóru, którzy wybrali karierę związaną z muzyką, mimo traumy zapewnionej przez naszego chórmistrza, wzruszą ramionami i powiedzą: to nie jest opis dominanty septymowej, to jest... To jest doświadczenie, które daje dominanta septymowa, którego nie trzeba przeżywać, wystarczy je opisać. 

To samo przeżywam czasem w mojej codziennej pracy. Rozmaite tematy IT są niekiedy trudne do przekazania laikowi, czyli mnie – humanistce. W drugą stronę – gdy już w końcu zrozumiem, o co chodzi w trudnych konfiguracjach systemowych, muszę to przetłumaczyć biznesowi. Innymi słowy wyrazić te konfiguracje w konkretnych wartościach – 5000 euro, 10 000 dolarów, 500 000 złotych... 

Takie to nasze życie: zaczynamy się ścigać z AI, kto szybciej i lepiej odpowie na pytania, ale tłumaczenie między językami różnych branż ciągle jeszcze jest domeną człowieka. Podobnie jak zachowania przemocowe, niestety. 




 


czwartek, 29 czerwca 2023

Życie jako usługa – abonament na życie

W dużym mieście żył sobie spokojnie pewien facet. Gdy rano wychodził do pracy, brał albo samochód, albo hulajnogę na minuty – miał na nie abonament. W drodze słuchał radia, także z abonamentu, albo puszczał muzykę streamowaną z jednego z serwisów muzycznych w abonamencie (miał trzy, najpopularniejsze). Po pracy siadał w domu i czytał abonowane media. Czasem oglądał filmy w różnych serwisach streamingowych, za które także płacił miesięczne abonamenty. Miał nawet takie serwisy filmowe, których oficjalnie w jego kraju nie było, ale abonował dostęp do specjalnego VPN, umożliwiającego mu dostęp do nich. Stwierdziwszy, że prowadzi siedzący tryb życia, zaabonował dostęp do siłowni, trenera osobistego i, na wszelki wypadek, dodatkowo fizjoterapeuty, gdyby coś poszło nie tak.

Część usług opłacał co miesiąc, ale niektóre okazywały się znacznie tańsze, jeśli zapłacił z góry za rok, dwa–trzy lata, a niekiedy nawet za pięć. Na przykład abonament papierowego wydania czołowego miesięcznika amerykańskiego dla intelektualistów wychodził po parę groszy za numer, przy opłacie z góry na właśnie pięć lat. A do tego wysyłka była wtedy za darmo. Za darmo! 

Podpisał umowę na abonament na telefon i internet (dwuletnia umowa, ale opłaty rozłożono na kolejne miesiące). Zlecił dowożenie diety pudełkowej, która najtaniej wychodziła na umowę roczną, ale płatności można było rozłożyć kwartalnie. Kwartalnie też opłacał abonament na gaz i prąd, bo dostawcy także przeszli na system abonamentowy. 

W pracy ryczałtowo pobierano mu co miesiąc zaliczkę na podatki, których roczne rozliczenie zlecił, w abonamencie, księgowej. To ona mu zresztą wyliczyła, że może jeszcze swobodnie w abonamencie wziąć serwis do nauki języków (rocznie, w grupie „rodzinnej”, najtaniej), a od podatków będzie mógł sobie odliczyć abonament na internet. Nie zdecydował się, bo nie miał rodziny. 

Jego życie przypominało bajkę. Wszystko układało się tak pięknie. Miał całe życie w abonamencie i właśnie wtedy stracił pracę. 

Pierwszy miesiąc po zakończeniu okresu wypowiedzenia był jeszcze całkiem fajny, bo większość usług ciągle obowiązywała, 30 dni po wygaśnięciu umowy. Ale nagle 31 tego miesiąca poczuł się gorzej i na swoim smartfonie wybrał aplikację, która dawała mu dostęp do abonowanych usług lekarskich. „Twój abonament wygasł 30. dnia tego miesiąca” – taki komunikat przeczytał. Pech chciał, że ten miesiąc miał 31 dni, nie 30. Poczuł się jeszcze gorzej i pomyślał, że to może ten siedzący tryb życia. Wybrał się na siłownię, gdzie elektroniczna bramka nie przepuściła go na wejściu. Był jak ten kierowca auta tarasującego wyjazd z podziemnego parkingu, bo zapomniał, że opłatę za postój trzeba uregulować na parterze centrum handlowego, a nie trzy poziomy niżej. Przepraszał wszystkich stojących w kolejce, wycofując się z pochyloną głową, mamrocząc coś w rodzaju: „Słabe połączenie internetowe, chyba sieć winna, że nie mogę się zalogować do klubu”. 

Ale nie była to wina żelbetowych ścian, bo naprawdę wykonano je z regipsowu, tylko pomalowano, żeby udawały industralny look. Jego telefon milczał, bo także i abonament na teleusługi się skończył. Nie odczytał już wiadomości od fizjoterapeuty, że będzie mógł się z nim skontaktować po opłaceniu kolejnego okresu rozliczeniowego. 

Siedział w ciemnym i zimnym domu i zastanawiał się, co poszło nie tak. W którymś momencie ewidentnie przestał żyć, skończył się jego abonament na życie. Nie stać go było już na „LaaS” – Life-as-a-Service, życie jako usługę. 

Siedział w domu i zastanawiał się, czy – i w jaki sposób! – odnowić swoje samodzielne życie, standalone life. Na progu piętrzyły się groszowe numery czołowego amerykańskiego miesięcznika dla intelektualistów, ostatnie świadectwo tego, jak żyć na abonamencie. 

czwartek, 22 czerwca 2023

Ulubione (nie moje)

– Wpadłam tylko po to, by powiedzieć ci, że masz przepiękną sukienkę, zmykam, pa pa!

Wyszła, starannie zamykając za sobą drzwi. Nie usłyszała podziękowań od właścicielki sukienki. 

– Stara już, stara ta sukienka, z rok już pewnie ma, kupiona „pod Halą” u mojej pani. Chodzę tam często do niej – zwróciła się do mnie, jedynej pozostałej słuchaczki, zamiast do drzwi – i wyszukuję sobie różne fajne ciuchy. Ma stragan na końcu, tam, gdzie kończą się warzywa, na końcu, patrząc od lodowiska. Na przedzie wyłożone są sweterki, takie dla pań, pani rozumie, niezbyt zachęcające, ale z tyłu... Jak się wejdzie w głąb, to jest bardzo dużo fajnych, bardzo stylowych ciuchów. Właścicielka ma zawsze pojedyncze ciuchy, najwyżej w dwóch rozmiarach, niedużo tego. Z Włoch sprowadza i nasze polskie też ma, super rzeczy. Mnie już dobrze zna i wie, czego szukam. Jak mnie widzi, od razu wyciąga coś, co mi się spodoba. Na wesele ostatnio kupiłam tam sukienkę i na wyjścia różne kupuję, a przede wszystkim takie codzienne rzeczy. Pani też ma takie swoje ulubione miejsca? 

Milczę. Zastanawiam się. Ona kontynuuje. 

– Zresztą tu, za rogiem, też mam taki ulubiony sklep. Nie warto się sugerować, jak się prezentuje na zewnątrz, bo to zupełnie nie mój styl. W środku za to można znaleźć takie firmy skandynawskie, których w ogóle nie znałam, a świetnie się je nosi. Po trzydzieści, po pięćdziesiąt złotych da się coś fajnego znaleźć. 

Zerknęła na zegarek.

– Lecę – z przestrachem oznajmiła. Zgasiła papierosa i uciekła z ogródka, zostawiając mnie przy sąsiednim stoliku w zdumieniu i w zastanowieniu, czy też mam takie ulubione miejsca do kupowania ciuchów. 



niedziela, 17 listopada 2019

Czy katarek ma gender?

Ostatnio o gender tak wiele się mówi, że „niewiadomoco” i tak dalej, wiadomo, co się mówi. Dziś sama usłyszałam od dwóch osób niezależnie, że „mam pociechę”, bo „nie wiadomo, czy to chłopczyk, czy dziewczynka” oraz „trudno powiedzieć jeszcze, czy to dziewczyna, czy chłopczyk, na tym etapie rozwoju”.

Moja pociecha ma prawie pół roku i nieco ponad siedem kilogramów. Sześćdziesiąt trzy centymetry syna. No właśnie, bo to syn, warto zdradzić niespodziankę tym, którzy nie wiedzą. Czasem, jak się uśmiechnie – sama nie wiem, czy drwiąco, czy szyderczo, ironicznie, lekko półgębkiem – wygląda jak taki dziewiętnastowieczny gazeciarz z ulic dużego miasta, lekko bezczelny i na pewno gotów odpyskować szyderczo. Taki to typ, przynajmniej dla mnie, ikonograficzny.

Bo są takie typy: niektóre kobiety na przykład wyglądają jak matkiboskie, niektórzy mężczyźni jak drwale, bynajmniej nie metroseksualni, a mój syn wygląda jak gazeciarz. Takie miny robi. Dlatego też wiem, że wygląda jak chłopak, bo w XIX wieku dziewczynki mogły pracować w fabrykach, ale gazet nie roznosiły. Może się mylę, może roznosiły. Nawet, oczywiście, mam nadzieję, że się mylę.

Wygląda więc jak chłopak, ten syn mój, wiadomo więc, że to chłopak, tak w uproszczeniu. Ludzie zaś mówią, że muszą po kocyku poznać („chłopak, bo błękitny ma kocyk”). Pewnie, łatwiej kolorom nadać gender niż o dziecku powiedzieć, że wygląda jak gazeciarz.
Gorzej, jeśli takie kilkumiesięczne dziecko ma katarek. Wiecie, co to znaczy? Dziecko nie może oddychać, nocą budzi odgłos duszenia się. Dziecko z katarkiem jest bardzo biedne. Nie umie jeszcze samo ani wciągnąć gluta, ani wysmarkać. Męczy się tak długo, aż dorosły zdecyduje się na odsysanie katarku odkurzaczem. Trzeba to regularnie powtarzać, bo inaczej dziecko będzie się znowu męczyć, będzie w kółko marudzić, płakać, nie zaśnie...

Moje dziecko też tak się męczyło. Marudziło, płakało, nie mogło zasnąć. Wtedy usłyszałam, że moje dziecko, to prawdziwy mężczyzna, umiera na katarek. Moje dziecko, po którego wyglądzie ludzie nie widzą, czy to chłopiec, czy dziewczynka. Moje dziecko, które nie ma jeszcze pół roku i jeszcze nie ma świadomości, że można być dziewczynką lub chłopcem. Katarek mojego dziecka jest zdecydowanie męski.

Sprzeciwiam się genderyzacji katarku niemowlęcego. Twierdzenie, że dziecięcy katarek jest objawem prawdziwej męskości czyjegokolwiek syna, świadczy wyłącznie o twierdzącym. Dziewczynka, niby, nie może umierać na katarek? I gdybym miała dziewczynkę, nie chłopczyka, to jej cierpienie związane z obecnością katarku w nosie świadczyłoby o... No właśnie, o czym? Że ma muchy w nosie?

Uważajcie więc, co mówicie o niemowlętach i do niemowląt. Zwłaszcza, gdy uwrażliwieni na gender rodzice słuchają.

wtorek, 6 lutego 2018

Dzień dobry, jak spałaś? Znakomicie, dziękuję!


– Dzień dobry, jak spałaś?

Fatalnie, w zasadzie prawie w ogóle nie spałam, nie mogłam zasnąć przez waszą koszmarną muzykę – czy co wieczór puszczacie piosenki biesiadne na dobranoc, mówisz, że to nie wy, aha, sąsiedzi, sorry, czyli do sąsiadów mam mieć pretensje, że nie mogłam zasnąć, bo oddech, zamiast spowalniać, falował mi w rytm umca-umca, nie wiem, jak to się stało, ale w końcu zasnęłam, wtedy na ulicy ktoś się zaczął awanturować, policja przyjechała, zdaje się poważna interwencja była – teraz rozumiem, dlaczego nigdy nie parkujecie samochodu pod domem, zwłaszcza jak zobaczyłam kosz na śmieci na aucie naprzeciwko – to auto na rzeszowskich rejestracjach, kto się spodziewa, że sobie przyjedzie i zaparkuje tak po prostu, bez konsekwencji – interwencja w środku tygodnia, niebywałe, awantura z rzucaniem kosza na śmieci w środku tygodnia, nie mogę w to uwierzyć, stolica, faktycznie, ma swoje prawa, w każdym razie po interwencji zasnęłam i to były, podkreślam, jedyne dwie godziny przespane, naprawdę przespane i to ze snami, w których szybowałam i skakałam po trampolinie, ale to wszystko za krótko, bo o czwartej nad ranem słuchałam jak śmieciarka czy piaskarka, poczekaj, zerknę przez okno, nie, nie padał śnieg, czyli nie było po co posypywać, więc jak  powoli przejeżdża przez ulicę, warkocząc złowrogo i teraz wstaję nareszcie, prześpię się w środku dnia, znajdę jakieś pół godzinki, bo przecież nie dotrwam do wieczora, ale jeśli pytasz, jak spałam, to nie możesz się nic spodziewać, poważnie, masz do mnie pretensje, że chrapałam, jesteś pewna, że to nie śmieciarka? 

– Znakomicie dziękuję.


piątek, 5 stycznia 2018

Ludzie.S01.E01.avi

Wyobraź sobie, że oglądasz twój ulubiony serial od trzeciego odcinka drugiej serii. Kolega opowiedział, co się stało w pierwszej – to trzynaście godzinnych odcinków, koleżanka wspomniała o wydarzeniach z dwóch pierwszych odcinków tej serii i siadasz, i oglądasz, i zapoznajesz się z ludźmi i ich dziejami od jakiegoś momentu ich życia. Zżywasz się z nimi. Współczujesz. Śledzisz z zapartym oddechem. O trzeciej rano musisz obejrzeć kolejny odcinek, bo poprzedni zakończył się na skraju przepaści. Spadną?! Nie spadną. Są w obsadzie następnej serii. 

Teraz wyobraź sobie, że spotykasz człowieka w pociągu. Rozpoczynacie rozmowę, typowa gadka przedziałowa, skąd–dokąd, pracuję tu [...]  pracuję jako [...], lubię [...], widziałeś [...]? Rozmowa kończy się na skraju przepaści w momencie wjazdu na twoją stację. Wysiadasz, ale współpasażer jest już zafollołowany na twitterze i zresztą jesteście też przyjaciółmi na fejsie. Kontynuujecie rozmowę w świecie wirtualnym, śledzisz jego losy jak losy bohaterów serialu. Widzisz to, co zechce ci pokazać – nowy dom czy nową pracę, a nawet nową kieckę i nowy notatnik, starego kochanego psa, który odszedł (dajesz smutną buzię, choć psa nigdy nie poznałaś), życiowy rekord w bieganiu z wczoraj, marudzenie, że zamknięto ulubioną kawiarnię (damned, nigdy tam nie poszłaś!). I jeszcze wiele innych rzeczy widzisz, i znasz człowieka – myślisz, i o trzeciej rano musisz sprawdzić, co u niego na fejsie, bo ostatni post sprzed tygodnia pokazywał go na skraju przepaści... 

Wreszcie wyobraź sobie, że poznajesz człowieka – gdziekolwiek. Spędzacie ze sobą czas, lubicie się, lubicie się coraz bardziej, wprowadzacie się do jednego mieszkania, żyjecie ze sobą, poznajecie swoje rodziny, rodziców, rodzeństwo, kuzynostwo. Kuzynka Laura, na przykład, uciekła z facetem trzydzieści lat starszym na południe Włoch, by tam z food trucka sprzedawać food from truck sezonowym robotnikom. Biznes nie wypalił – opowiada ci teściowa w kilkudniowych odwiedzinach – i wyjechali do Norwegii, otworzyć tam nastrojową włoską knajpkę. Radzą sobie znakomicie, jak donosi mąż teściowej spotkany parę miesięcy później na budowie waszego wspólnego domu, Laura nas odwiedziła i przywiozła prawdziwego norweskiego łososia, był przepyszny, żałuj, że nie przyjechałaś na urodziny swojej teściowej. Tłumaczę, nie mogłam, pracowałam, byłam w podróży służbowej. Laurze świetnie się powodzi w Norwegii, możesz tam zawsze ją odwiedzić, przecież bywasz na pewno w Bergen. Oj tak, co tydzień, myślę... A szwagier, pytam? Szwagier pracuje jak oszalały, nie może się pozbierać po odejściu dziewczyny, tyle lat razem, tyle lat, wzdycha. Przy następnych świętach u teściowej i jej męża pocieszam się, że szwagier ma się jednak znakomicie, ma nową dziewczynę i według bratowej „wszystko zmierza ku małżeństwu”. Nie ma tu żadnego skraju przepaści. Zwykłe życie. 



Nie wyobrażaj sobie nic. Przypomnij sobie swoje ulubione seriale, przygodne spotkania, rodzinę. Wszystko przypomniane i nic nie przypomina ci tych sytuacji? No dobrze. To teraz wyobrażamy sobie znowu. Zaczynamy od końca. 

Twoje małżeństwo się rozpada. Zrywasz kontakty z teściową – na jej życzenie („Nie mamy sobie nic więcej do powiedzenia”), jej mąż pisze grzecznościowe życzenia na święta, na które nie odpisujesz, bo sama nie wiesz, czy chcesz z nim utrzymywać kontakt, choć to dzięki niemu masz pracę. Laura w Norwegii? Niby może byś odwiedziła, ale co jej powiesz? Nasze małżeństwo rozpadło się, mam nadzieję, że twój związek ma się lepiej. A szwagier? Chyba się ożenił z tą dziewczyną, którą przelotnie spotkałaś w kuchni przy wyjmowaniu naczyń ze zmywarki po wielkiej imprezie świątecznej, na którą zjechała się cała rodzina. Nocowaliście wszyscy w tym samym mieszkaniu, ale było tam pewnie ze 20 osób, jak poznać człowieka w takich warunkach? Nie poznasz. Dziesięć lat później, w nowym związku, w nowym mieszkaniu i nowej pracy, przypominasz sobie – była taka dziewczyna, chyba nawet później żona, twojego byłego szwagra, ciekawe, co się z nią stało?

Na fejsie wszystko gra, twój znajomy z pociągu, z którymi nie mogliście skończyć rozmowy, a musieliście, bo twoja stacja wypadała wcześniej niż jego, żyje, ma już trzecie dziecko, zdaje się, jest wojskowym, a przynajmniej czasem wrzuca zdjęcia w mundurze. Czasem myślisz: gdybym nie wysiadła, może to byłyby moje dzieci, ale te myśli zwykle usuwa ci z głowy pies, który wyciąga cię na spacer, uświadamiając, że człowiek z pociągu w profilu na fejsbuku ma wpisane „alergia na wszystkie futrzaki”. Na małym telefonie fejsa przegląda się niewygodnie, a tabletu na spacer z psem nie zabierzesz. Tylko marzenia i wyobrażenia.

Serial dawno temu się skończył. Od czasu do czasu (na święta?) przypominasz sobie ulubione odcinki, by raz jeszcze poczuć ten dreszcz emocji, gdy bohater staje nad przepaścią, a tym razem ty wiesz, wiesz doskonale, że nie spadnie i w tej wiedzy przewyższasz bohatera, ale i tak wyobrażasz sobie, co by było, gdyby spadł. Stare seriale są zastępowane nowymi i starych bohaterów wypierają nowi. Przeżywasz ich historie do momentu, gdy w połowie serii odcinają ci dostęp do VPN i już nie obejrzysz dalszego ich ciągu. Jest dostępna tylko dla wybrańców w Ameryce i Europie Zachodniej. W Polsce nie ma dystrybucji. Dopowiadasz sobie ich losy, sprawdzasz na imdb.com krótkie opisy i dłuższe na wikipedia.org w języku, którego używa znacząca liczba ludzi na świecie. Ale to nie to samo... 

Wtedy nagle na LinkedInie pisze do ciebie mąż byłej teściowej. U nas wszystko dobrze, mam nadzieję, że i u ciebie tak samo. Machinalnie, uprzejmie odpisujesz, ciągle na LinkedInie, bacząc, że to dzięki niemu dostałaś pracę, która cię wysyłała na koło podbiegunowe i do strefy równikowej. Pytasz, jak spędziliście święta, wysyłasz wirtualną kartkę noworoczną, do której dodajesz: „Tak bardzo chciałabym się z wami spotkać”, a jednocześnie wiesz, że tak naprawdę twój rozwód był tym samym, co odcięcie VPN od serialu. Już nie wiesz, czy teściowa dalej czyta włoskie kryminały, a jej mąż nadal sponsoruje młodych artystów. I nagle to właśnie była teściowa pisze do ciebie. Zbierasz szczękę z podłogi i uprzejmie odpisujesz; nie, nie wiesz, kiedy ich odwiedzisz, zapraszasz do siebie. W następnej wymianie wiadomości informujesz o książkach ostatnio przeczytanych i filmach obejrzanych, bo to zawsze był istotny temat z teściową, a ona pisze ci o... o Laurze! Laura nadal mieszka w Norwegii, już z innym mężczyzną, nadal starszym trzydzieści lat, ale prowadzą teraz nie restaurację włoską, ale fusion i podają chleb na zakwasie sprowadzanym z Polski! Twoje rozmowy z Laurą dały efekt, myślisz sobie, i ryzykujesz, pytając o szwagra. Nawet nie wiesz, jak bardzo ryzykujesz, bo szwagra żona, ta, z którą tak dobrze się wycierało nie do końca wysuszone naczynia ze zmywarki, nie żyje. Wycierasz oczy, jak wtedy, gdy zmarła bohaterka ostatniego ulubionego serialu, ale na jej śmierć byłaś przygotowana w poprzednich odcinkach i czytasz dalej. Zmarła, po długiej i ciężkiej chorobie – treść wiadomości teściowej brzmi jak nekrolog z poczytnego dziennika. Sens dopisujesz sobie sama, jak przy serialu: przy tych naczyniach wyglądała słabo, coś było z nią nie tak, już wtedy, na pewno. Utwierdzasz się w przekonaniu. Racjonalizujesz. I na LinkedInie, do męża teściowej piszesz z pytaniami o nich, bo wiesz, że dostaniesz konkret, a nie informację prasową. 

Pika powiadomienie na fejsie. Twój mundurowy znajomy pisze idiotycznie „Are you still alive?!”. Wyobrażasz sobie, że tracisz internet i nie będziesz wiedzieć, że spłodzi czwarte dziecko, że kupi skuter i będzie miał wypadek na tym skuterze, że w przyszłym roku spotkasz go na ulicy swojego miasta – pusty śmiech – i że z nim życie miało wyglądać inaczej. Masz czas, VPN nie działa i kolejnej serii nie obejrzysz. Skupiasz się na tym, co jest: teściowa ciągle nadaje, odzyskujesz historię ludzi, których nie znasz, którzy cię nie interesują, o których wiesz tyle, ile napisano w wiadomości na LinkedInie. 

Wyobraź sobie... Wyobraź sobie tych wszystkich ludzi, których spotykasz w życiu i wiesz o nich tyle, ile sami powiedzą ci lub uzupełnią ich bliscy albo media społecznościowe. Wyobraź sobie, że tracisz z nimi kontakt, że nie możesz śledzić ich dalszych losów, jak kolejnego sezonu ulubionego serialu. Wyobraź sobie to wszystko. 

środa, 26 kwietnia 2017

Prawda tkwi we frytkach




Spacery na krakowskich Plantach we wczesnym dzieciństwie kojarzą mi się z wąchaniem. Szłam za rękę lub biegałam, węsząc jak tropiący pies. Szukałam śladu zapachu tłuszczu, starego, spalonego, zgęstniałego. Oznaczał frytkarnię. Byłam wtedy bardzo mała, miałam pewnie mniej niż cztery lata, gubiłam się na Plantach, nie umiałam zapamiętać, w którym dokładnie miejscu są kioski, w których pani w białym czepku łowi frytki metalowymi narzędziami w pryskającym tłuszczu. Bezbłędnie ten zapach wychwytywałam z oddali, zanim jeszcze kiosk można było dojrzeć pośród bujnej roślinności czy zza kop śniegu. Dostawałam moje dziesięć deko – w ten sposób nauczyłam się, że dziesięć deko równa się stu gramom – obficie posolone przez panią w okienku ze słoika, w którego pokrywce ktoś gwoźdźmi wybił dziurki.

Frytki były nierówne: jedne krótsze, drugie dłuższe, grubsze i chudsze, jedne bardziej, drugie mniej przysmażone, jeszcze inne wręcz spalone. Później, jako dorosła, dowiedziałam się, że to czarne, spalone w rozgrzanym tłuszczu, nazywa się akrylamid i przyczynia się do rozwoju nowotworów układu pokarmowego. Zimą tłuszcz na nich zastygał, latem szarobura papierowa torebka, w której je podawano, parzyła w palce. Za frytki dałabym się pokroić żywcem. Rytualne ich smażenie odbywało się w domu na Sylwestra. Czułam się taka dorosła, mogąc siedzieć z mamą, tatą, babcią do Nowego Roku przy frytkach, na które ziemniaki sama kroiłam. Tak nauczyłam się, skąd brały się raz krótkie, raz długie frytki.

Przyszło liceum i przyszedł do Krakowa McDonald's, a wraz z nim frytki równej długości i równej szczupłości. Smakowały mi średnio, przede wszystkim brakowało im tego zapachu starego tłuszczu, a zwłaszcza wywąchiwania w powietrzu jego śladów. Na frytki z McDonalds'a i innych amerykańskich, a potem już nie tylko amerykańskich garkuchni się nie czekało. Zresztą frytek, jak się dowiedziałam, nie robiło się już z ziemniaków, tylko z papki ziemniaczanej – tylko dlatego mogły być równej długości i szczupłości, a nawet karbowane. A ja godziny spędziłam, zastanawiając się, czy można byłoby kroić ziemniaki falowanym nożem i błagałam mamę, by z któregoś z filharmonicznych wyjazdów zagranicznych przywiozła mi falowany nóż do karbowanych frytek. Nikt już frytek nie kroił. Mrożone można było kupić w każdym sklepie – przestały być atrakcją spacerów i Sylwestra. Sam Sylwester zaś stał się obowiązkową imprezą, na której celem było chlanie, a nie obieranie, krojenie ziemniaków, smażenie, czekanie, smażenie, czekanie, jedzenie, smażenie, czekanie, smażenie... ech.

Wreszcie każda wizyta w Belgii stała się małym Sylwestrem. Pomyślałam: oto kraj dla mnie, kraj, w którym celebruje się frytki tak, jak im się to należy. Tak małym, jak i dużym, czasem krótkim, niekiedy długim, grubszym i chudszym, pełnym akrylamidu i nawet niedosmażonym oddaje się równą cześć, bo ziemniak na nią zasługuje. Obowiązkowy sos tartare, własnoręcznie kręcony majonez, a nade wszystko stek stały się najukochańszymi towarzyszami moich frytek idealnych. Ale ciągle myślałam, że to tylko moja obsesja, którą wyhodowałam na spacerach po krakowskich Plantach i która znalazła podatny grunt do rozwoju we Francji czy Belgii, po których miałam okazję się poniewierać. Wróciłam do tradycji: Sylwester to frytki. Ziemniaki się obiera, kroki, smaży, czeka, smaży, czeka, je i czeka (bo się trawi). Smaży, czeka, smaży, czeka, je i trawi.

Nagle frytki wróciły! Belgijskie frytki, w papierowych rożkach, z sosem tartare, przyprawami, chude, grube, krótkie i długie, różnorodne, wróciły. W byle burgerowni można je zamówić na talerzu, w byle kiosku dostać do ręki. Coraz mniej miejsc oferuje frytki sztuczne, z ziemniaczanej papki, krojone równo, by wszystkie wyglądały tak samo i smażyły się w równym tempie. Dzisiejsze modne frytki są znowu różnorodne, wróciły takie. Szkoda, że wraz z nimi powróciła moda na jednolitość, która z kolei odchodzi wraz z niedobrymi, sztucznymi, mrożonymi frytkami z torebki.

Bo na świecie wszystko wraca. Ołówkowe spódnice, spodnie do kolan, nawet długie włosy u poważnych mężczyzn. Wraca moda na różnorodność we frytkach, by ustąpiła moda na jednolitość w tych, którzy te frytki jedzą. Frytki długie, krótkie, chude i grube, przypalone i niedosmażone jedzą przedstawiciele idealnego narodu, jednolitego, zamieszkującego swe państwo, wyznającego jedną religię.

Może to idiotyczne porównywać sytuację na świecie do tego, jak zmieniały się frytki w moim życiu, ale trudne rzeczy potrzebują niekiedy prostego, a nawet prostackiego porównania, by je zrozumieć? Tak, jak odrzuciliśmy w pełni świadomie równoskrojone, sztuczne frytki z papki ziemniaczanej, tak i odrzućmy myśl o równoskrojonym, sztucznym społeczeństwie. Boję się jednak, że refleksja o różnorodności frytek lub o kulturze mono-pseudo-frytek to zbyt głęboka myśl dla wielu. I tego właśnie się boję, bo jeśli ponad frytki nie da rady ktoś się wznieść, to co dopiero marzyć, by podjął refleksję społeczną.

środa, 10 sierpnia 2016

Pogrzebów się nie planuje


Kiedyś najważniejszy był kalendarz. W nim notatki z każdego dnia – krótkie, parę słów, nawet nie zdanie, nawet nie równoważnik zdania. Wyrwane z kontekstu słowa, które dwadzieścia lat później już nic nie znaczą.
Niemiecki był nudny, z fizyki uciekłam. Nienawidzę fizyczki. 
Miały wartość w dniu, gdy je zapisano. Może zyskają znaczenie za kolejnych dwadzieścia lat. Może wtedy już nic nie będzie miało znaczenia?
Źle się czułam. Siedziałam długo w parku (Proust), potem lody na Starowiślnej. Kolejka. Nikogo nie obchodzę.
Dzisiaj kalendarz jest wirtualny i życie coraz bardziej staje się wirtualne. I ludzie są wirtualni. Prawie „są”, czasem naprawdę, a niekiedy już ich nie ma. Planujesz coś i wyobrażasz sobie, że tak będzie, a potem już nie wiesz, czy naprawdę było. Twoja wyobraźnia też jest wirtualnym światem.
Nie umiem na niczym się skupić. Wszystko mi ucieka i nie wiem, gdzie się podziewa.
Planujesz życie w kalendarzu. Poniedziałek – francuski, wtorek – pisanie i czytanie, środa – zanieść książki do biblioteki, francuski, zapłacić czynsz, odebrać awizowany list z poczty, posprzątać kuwetę, zrobić obiad do pracy, nakarmić kota, wziąć prysznic. Piątek – piąta rano – obudzić się, pół minuty po piątej – otworzyć oczy. Trzynasta dwadzieścia jeden – uśmiechnąć się do kolegi w pracy, punktualnie! Osiemnasta – wyjść z pracy. Osiemnasta trzydzieści sześć dwanaście sekund – przekręcić klucz w zamku.

Stoisz w progu. W kalendarzu nie zaplanowano zdjęcia płaszcza, zsunięcia butów. W wyobraźni już są zdjęte, stoją pod wieszakiem.
Odebrałam sukienkę od krawcowej, mam sukienkę na studniówkę, choć jeszcze nie wiem, czy pójdę na studniówkę. 
W twoim kalendarzu nie ma miejsca na współczucie, bo kogoś pobito (przedwczoraj), na ubolewanie, że ktoś się rozchorował na wakacjach. Nie ma czasu na płacz, że ktoś nie odpisuje. Brak luki w twoim kalendarzu na pogrzeb, bo pogrzebów się nie planuje. Tylko między dwudziestą dziewiętnaście a dwudziestą dwadzieścia jest trzydzieści sześć sekund na smutek. Sprawiedliwie dzielisz go między wszystkie wydarzenia losowe, dziewięć sekund – zmiana smutku.
Dwadzieścia cztery godziny w autobusie! Jak ja to zniosę? Ale się ekscytuję wyjazdem. Słucham Brahmsa i podskakuję przy nim. Sama, sama, sama! 
Życie ucieka zbyt prędko, by nie planować w kalendarzu takich wydarzeń, jak zbyt wolno ładujące się strony internetowe.
Aplikacja kalendarz jest niedostępna. Proszę, spróbuj później. 

czwartek, 31 grudnia 2015

Los ostatniej szansy

Ostatniego dnia roku przedzierałam się przez tłum dopingujący uczestników sylwestrowego biegu przebierańców. Choć zdenerwowana uciekającymi minutami ostatniego dnia roku, to śmiałam się z grupy smerfów w niebieskich legginsach. Rozglądałam się po twarzach mijających mnie ludzi, szukałam na ich twarzach tego samego poczucia umykania czegoś, co z pewnością malowało się na mojej twarzy. Po Rynku miotałam się bezradnie, odbijając od ogrodzenia wielkiej sceny z przyległościami przygotowanej na zabawę sylwestrową lub od barierek wytyczających drogę dla śmiesznie przebranych biegaczy. Tymczasem nad nami przelatywał samolot.

Dotarłam w końcu na moją spokojną ulicę, na której prawie przejechał mnie samochód na warszawskich rejestracjach. „Cholera” – zaklęłam pod nosem (znacznie gorzej, gdybyście chcieli wiedzieć) – „Cholera, nawet tu, na Kazimierzu, dopada mnie Warszawa!”. I uciekając przed stołecznym SUV-em, wpadłam na nią.

W ręce ściskała los na loterię i przyglądała mu się bacznie. Dlatego mnie nie zauważyła, skupiona na swoim szczęściu. Lub nieszczęściu. Nie wiem. Szukałam jej historii – zawsze szukam historii w napotkanych ludziach. Tym razem mi się nie udało, dopiero po chwili zrozumiałam, że jej historia jest moją historią, jest twoją historią, jest naszą.

Ostatniego dnia 2015 roku życzę wam wszystkim, byście wykorzystali rok 2016 w pełni. Tak, by ostatniego dnia, za rok, nie martwiły was uciekające chwile i byście nie musieli patrzeć na los na loterii jak na los ostatniej szansy. Szansą jest każdy dzień, każda chwila, każdy z nas jest szansą. A nowe, jasne drogi kuszą. Jutro skuszą! 

poniedziałek, 23 listopada 2015

Historia Mariusza – życie w podskokach

Podskakuje, chodząc. Idzie, podskakując. Jego słowa podskakują. „Strawiński” – jeden podskok. „Rachmaninow” – drugi podskok. „Pejzaże widzę, gdy” – podskok – „słyszę ich muzykę” – podskok – „nie umiem tego powiedzieć inaczej”. Czekam na podskok, a tu zaskoczenie: nie ma. 


Jest, przecież jest. Patrzę na niego, widzę te pejzaże: włosy w nieładzie, kiedyś blond, ogorzała twarz. „Góry” – myślę i w myślach podskakuję – „góry go opaliły”. Tymczasem on dalej o pejzażach, kto wie, może górskich. Mówi coś. Nie słucham, skupiona na podskokach, czy potrafię je przewidzieć. Nie. Nie potrafię; mimowolnie sama podskakuję. 


Przyjeżdża winda. Wchodzi do niej, poskakując jak motyl, na palcach, i mówiąc. W windzie traci zasięg, nie ma podskoków, nie słyszę słów. Zjeżdżamy na sam dół. „Tak dobrze się” – hop – „z tobą” – hop – „rozmawia”. Nic nie mówię, nie wiem, co mogę powiedzieć. Nie wiem, czy mogę podskoczyć.

„Słup” – podskok i stuknięcie obrączką w latarnię – „też jest instrumentem muzycznym”. Podskok – tym razem to ja. Słuchanie ludzi to podskakiwanie z nimi, w ich rytm lub krzywo. Raz na prawej, raz na lewej nodze, hopsasa!


„Mamy jeszcze” – podskok – „dużo czasu na gadanie”. Odwraca się ode mnie, chroniąc twarz przed zimnem. Wieczór jest chłodny. Wbijam ręce głębiej w kieszenie, w których schroniła się zima. Nic więcej w nich nie ma, nawet trochę czasu – podskok – bo już nie porozmawiamy. Liczę dni w myślach, tak miło się ze mną gada, odzywam się – hop hop – skaczę, nawołując!

„Dlaczego Rachmaninow i Strawiński” – podskok. Nie trafiłam w rytm. „Pejzaże” – znowu pudło – „te ich pejzaże są jakby” – podskok (razem!) – „jakby”. Nie podskakuje, szuka słowa. Ma w ustach pustkę, jak ja w kieszeniach. Odchodzę, kaszlę. Usuwam się coraz dalej, kolejnego słowa już nie dosłyszę – hop – hop hop – odczytam je z podskoku. Ludzie przechodzą i odchodzą. Podskakują i odskakują. Zaskakują i nie mają czym zaskoczyć. 


Mariusz i jego historie przychodzą na przełomie listopada i grudnia. Jak dwa lata temu. 

sobota, 1 sierpnia 2015

Quel soleil hors de saison

Myślę, quel soleil hors de saison, idiotyzm, jest środek lata, choć wieczór, słońce ma prawo świecić, nawet w przejściu pod arkadami, gdzie dobiegają mnie jego promienie i słucham głośno muzyki. Dobiega mnie też stukanie obcasów, wbija się obcym rytmem w muzykę, raz przyspiesza, raz zwalnia, burząc moje poczucie stabilizacji.

Chcesz spokoju – zgłośnij muzykę, zagłusz wszystko, co w tobie gra.

fot. N. Bryl


piątek, 17 lipca 2015

U fryzjera

– Jak się nazywa? – powtarza po pani Joli – Wie pani, nie wiem, taka trudna angielska nazwa... – ze zmartwieniem kiwa głową (podcinanie i farba na odrosty), a pani Jola (druga po szefowej) kiwa głową ze zrozumieniem.
Ania: cięcie, modelowanie.
– Ależ to oczywiste, jakże można byłoby zapamiętać takie trudne angielskie nazwy. Że też to państwo potrafi tyle zrobić, ale dobrej maści na zwyrodnienia nie sprowadzi do kraju – kiwają obie głowami, z udręką łapiąc nić porozumienia w lustrze.
– Na zwyrodnienia? – w porozumienie wbija się Szefowa, tym razem nie z krzesła Szefowej przy kasie, ale z fotela przed lustrem (farba na odrosty).
– Najlepsza maść na zwyrodnienia Szefowo, angielska – tłumaczy pani Jola, bo Szefowej początek rozmowy zniknął w szumie suszarki.
– A Szefowa dzisiaj do męża idzie, że się tak stroi? – włącza się Patrycja, praktykantka o brutalnych, niezgrabnych palcach wbijających się w głowę przy myciu.
– Proszę tylko tu podciąć, o tu – pokazuje palcem na czoło świeża klientka (cięcie) – mam duży nos i muszę mieć włosy na twarzy, żeby go nie było widać – puka się w czubek nosa, a pani Jola przymierza się do cięcia.
– Farby pani nie chce? – klientka macha przecząco głową, a pani Jola odskakuje z nożyczkami uniesionymi w sufit.
– Do męża dzisiaj. Imieniny – mówi łagodnie Szefowa do Patrycji.
– Mężowi to już by ta maść nie pomogła – chichocze Patrycja. Ma nie tylko niezgrabne palce, ale i celuje w niezgrabnych żartach. Szefowa tylko wzdycha, wie, że nie może poruszyć głową, na której cienkie, srebrne papiloty wiją się jak szprotki na grillu.
– Upał – wzdycha – i nawet „dziewiątka” już nie jeździ spod Poczty na Cmentarz – wzdycha znowu.
– Upał – wzdycha Patrycja – nawet panie z banku chodzą na drugą stronę ulicy palić w cieniu.
– Tu podciąć i tu zostawić – kwituje pani Jola. 

piątek, 20 marca 2015

Niecałkowite zaćmienie

Dopiero gdy zerwały się ptaki, dostrzegła, że zrobiło się wyraźnie ciemniej i chłodniej. Powietrze nabrało grafitowego koloru. Wzburzone dotąd fale uspokoiły się. Ogarnął ją niepokój. Co teraz będzie? Jak długo to potrwa? Rzuciła okiem na uśmiechniętą koleżankę, która cały czas z zadartą głową wpatrywała się w zasłonięte Księżycem Słońce, przysłaniając twarz kartką papieru z dziurką pośrodku. Na plaży stały tysiące ludzi w takiej samej pozycji.

Dopiero gdy wysiadłam z tramwaju, zauważyłam zainteresowanie tłumu zjawiskiem na niebie. W ostrzejszym powietrzu niż kilka chwil wcześniej, miasto i tak wyglądało jakby zasnuła je mgła. Smog nie przepuszczał żadnych innych myśli. W tramwaju ważniejszy był korek i powtarzane pytanie, przeciskające się od tyłu do przodu pojazdu „Dlaczego stoimy?”. Na ulicy zaś, zamiast osłaniać oczy, gapie osłaniali smartfony, przez których ekrany patrzyli na słońce.

– Mam kliszę rentgenowską, może skorzysta pani, by obejrzeć zaćmienie? Za moment będzie maksimum. – usłyszałam propozycję, z której się wymigałam. Nie dlatego, że nie chciałam oglądać zaćmienia przez czyjś kręgosłup czy złamany obojczyk. Chciałam być z zaćmieniem sam na sam, bo tak duże wywierało na mnie wrażenie.


Niecałkowite zaćmienie z 1999 roku przeżyłam w Brighton na plaży  i dzisiaj w Krakowie na ulicy. Na zdjęciu – resztka słońca z 1999 r. puszczona zajączkiem na spodnie koleżanki.

sobota, 24 stycznia 2015

Niezrozumienie

Bezdzietni nigdy nie zrozumieją tych, którzy mają dzieci. Ci, którzy nie mają kotów, nigdy nie zrozumieją kociarzy. Warszawiacy nigdy nie zrozumieją krakowian. Rosjanie nigdy nie zrozumieją Polaków. Zachód nigdy nie zrozumie Wschodu. Kobiety nigdy nie zrozumieją mężczyzn.

Ty nigdy nie zrozumiesz mnie. 

sobota, 1 listopada 2014

Upamiętnianie


– To dla męża – starsza pani postawiła na taśmie cztery olbrzymie znicze – a to dla mnie – ciągnęła, uśmiechając się i wykładając obok zakupy: mały kawałek podrobionego sera żółtego i bułkę.
Kasjerka skasowała znicze, a klientka zerknęła na cenę: ponad dziewięćdziesiąt zł.
– Sporo – skwitowała zmęczona kasjerka, od tygodnia przesuwająca nad czytnikiem ludzkie wspomnienia wtopione w plastikowe pojemniki – ale jeśli ser i bułka są za więcej niż – policzyła w myśli – osiem złotych, to dostanie pani w prezencie od sklepu wygodną torbę na znicze.
Starsza pani zastanowiła się.
– Przepraszam najuprzejmiej, ale może pani odliczyć jeden z lampionów? Ułożę je w tym roku w trójkąt.

Gdy kasjerka czarowała nad kasą, kolejka szemrała. Wszyscy chcieli sprawdzić, ile w tym roku będzie ich kosztowała pamięć o bliższych i dalszych zmarłych.
– Razem będzie sześćdziesiąt siedem złotych. Z serem i bułką. – oznajmiła, a klientka przesypała w jej ręce skrupulatnie odliczoną końcówkę. Kolejka ruszyła, każdemu się spieszyło na cmentarz, by zdążyć do zmarłych przed najbardziej nielubianymi żyjącymi i podpalić swoje wspomnienie jak najszybciej.

Za ponad sześćdziesiąt złotych starsza pani mogła kupić trzy kilogramy sera żółtego, dwa kilogramy szynki albo iść do przyzwoitej restauracji na obiad z winem. Dzisiaj wypiłam zdrowie żyjących i wzniosłam toast za tych, których już nie ma wśród nas. Jak zaproponowała w innym miejscu mądra osoba, zadbałam o moich bliskich, by żyli jak najdłużej.

Fot. N. Bryl.

wtorek, 30 września 2014

Na osiołka czy na słonika?

Gdy nadchodzi wieczór, w wielu polskich domach rozlega się pytanie:
– Kochanie, dzisiaj na osiołka czy na słonika? 
W niektórych polskich domach partnerzy zaś odmawiają wejścia do małżeńskiej łożnicy, wygodnej i szerokiej, wybierając bezpieczeństwo oferowane przez wąskie gościnne łóżko, ryzykując utratę zainteresowania, ale i zarazem pompując szansę na zwiększenie zasięgu dzięki informacji o zadłużeniu opublikowanej na największym portalu społecznościowym świata (!).
Taki sam wieczór przyniósł inną decyzję – odrzucenia kariery w wielkim biznesie, na rzecz pisarskiego lauru, sławy, kto wie, może Nobla literackiego. Czym jest 2,7 mln PLN wobec tej nagrody, prawie miliona euro? Ogłoszenia laureata spodziewać się można między 6 a 13 października, czyli tuż tuż i za zmianą drogi życiowej pewnego człowieka z pewnością stał przeciek. Kto wie, może łóżkowy przeciek?

Przeciek lub ściek. Wszystko w życiu kręci się wokół dupy, pamiętaj dziecko – mówił mi tatuś, gdy byłam mała, a ja zapamiętałam, co mówił, jako jedną z ważnych lekcji życiowych. Najwyraźniej bohaterowie ostatnich doniesień prasowych także ją znają (tę prawdę), aczkolwiek niektórzy z nich dupę ostatecznie posadzili na pieniądzach. Lub aspirują do posadzenia na pieniądzach. Lub, po prostu, nie mają pieniędzy w dupie.

Zatem, powtarzam pytanie: państwo dzisiaj na osiołka czy słonika?

PS Jak mogłam zapomnieć o sytuacji, gdy seks w rodzinie pozwala na pozostanie pieniędzy w rodzinie?!




niedziela, 14 września 2014

O użyciu właściwego palca

Patrzę na cuda (ostrzeżenie: link jest niemiecki) i przypomina mi się moja pani od fortepianu z podstawówki muzycznej.

Na szczęście tylko rok miałyśmy przyjemność odbywać lekcje fortepianu, pani Szyperko i ja, i tylko raz w tygodniu. 

Byłam ostatnia, po lekcji ze mną pani Szyperko wychodziła ze szkoły. Z jednej strony to dobrze, bo była zmęczona (miała mniej energii), z drugiej źle, bo półgodzinna lekcja niekiedy trwała godzinę; pani Szyperko już się nigdzie nie spieszyła. Fascynował mnie jej nos, bardzo blisko brody (której z kolei do nosa było coraz bliżej). Nie zawsze wiedziałam, co do mnie mówi, bo przez tę brodę chyba miała wadę wymowy. Sala, w której prowadziła lekcje znajdowała się na trzecim piętrze, prowadził do niej korytarz, na którym także były trzy stopnie. 

Zbudowano tę salę wg mnie tak, by zmieścił się w niej fortepian i pani Szyperko. 

Szłam po schodach zawsze jak najwolniej, by jak najbardziej się spóźnić. Rzucałam plecak obok fortepianu, siadałam zrezygnowana na stołku i czekałam na „wyprostuj się” rzucane zza instrumentu, z ciemnego kąta, gdzie pani Szyperko chyłkiem wyjadała ogórki, patisony lub papryki marynowane ze słoika. 

W czasie roku spędzonego na nauce u pani Szyperko grałam Bacha, pewnie inwencje dwugłosowe. 

Nie przykładałam specjalnie uwagi do palcowania, a pani Szyperko, znad słoika, przerywała mi co chwilę. Słyszałam: „trzeci nie czwarty palec [głośne chlup, przełknęła ogórka] w lewej ręce na a”, „cis zagrałaś znowu trzecim [chrup chrup, to patison] w prawej ręce”. Skręcało mnie z głodu. Na zewnątrz panowała ciemność, bo lekcje odbywały się po 18.00 lub nawet po 19.00, a większość roku szkolnego to w mojej opinii jest czas zimowy. Nawet w maju. Nawet w czerwcu.

Legendy krążyły o tym, że pani Szyperko uczniom źle trzymającym nadgarstek wkłada szpilki.

Jak? Gdzie? – nie wierzyłam w to, ale się tego bałam, jak do dziś boję się Freddiego Krugera, choć on nie istnieje. Mój nadgarstek miał bardzo złą postawę. Na marginesie dodam, że pani Szyperko jako żywo jak Freddie Kruger wyglądała, aczkolwiek określenie „jako żywo” do Freddiego niekoniecznie powinno być stosowane. Szpilki nigdy nie zaznałam.

Pani Szyperko widocznie uważała, że nie warto sobie mną głowy zawracać, uczennicy na rocznym zastępstwie, na fortepianie obowiązkowym (czytaj: znienawidzonym). 

Uznała, że nic mnie nie nauczy, więc po co sobie szpilką głowę zawracać, a jednak palcowania pilnowała. Koniec lekcji znaczyło przebieranie spódnicy (zmiana z cienkiej, szkolnej, na ciepłą „na ulicę”). Zasunięcie zamka w ciepłych zimowych botkach wywoływało ulgę w mojej duszy. Dużo czasu potrzebowałam, by przekonać się do prostych, uroczych utworów Bacha, przez które wszyscy przechodzą i do końca życia wspominają je z ciepłymi uczuciami. Moje skojarzenie z inwencjami Bacha wywoływały zapach papryki marynowanej i odgłos chrupania korniszonów.

Gdybym dziś poszła do szkoły muzycznej, grałabym inwencje dwugłosowe na iPodzie, na pianinie elektrycznym, zamiast nut na pulpicie stawiałabym iPoda. 

Jakkolwiek muzyczne życie by wyglądało, pani Szyperko stanęłaby na mojej drodze. Znad słoika i tak poprawiała moje palcowanie na czułym ekranie tabletu...

piątek, 22 sierpnia 2014

Foch, czyli daj szansę

Właściwie nic takiego się nie stało.
Odjeżdżałam z parkingu, zamachał na mnie pan, zatrzymałam się, spytał, czy go nie poratuję, bo mu brakuje dziewięćdziesiąt groszy do busa, bo wyszedł z nocnej zmiany, bo zostawił portfel, rozłożyłam ręce, bo w kieszeni miałam dziesięć groszy, bo tyle mi zostało po opłaceniu postoju, bo nie mogłam mu pomóc, na co on wykrzyczał mi w szybę, że jestem jak inni, że myślę, że jest żulem, że na piwo zbiera, a ja krzyknęłam, że nieprawda, że parkometr, że tylko dziesięć groszy mi zostało, on odchodził i krzyczał, że jestem podła baba, mnie stanęły łzy w oczach, otworzyłam drugie okno i złorzeczyłam mu, i brzydkie słowa za nim krzyczałam, bo... uff.

Kilka z tego morałów wynika.

Po pierwsze daj szansę. Pan założył, że nie chcę mu dać pieniędzy, mnie to założenie zaszokowało. Gdyby nie odbiegł, gdyby dał mi szansę, usłyszałby, że chciałabym mu pomóc, ale nie mam jak. Odszedł przeświadczony, że mam jego problem w nosie.

Po drugie daj mi nie tylko szansę, ale i odrzuć stereotypy. Gdyby po moim bezradnym wyjęciu dziesięciu groszy z kieszeni nie tylko dał mi szansę (patrz punkt pierwszy), ale także odrzucił stereotypy (jestem baba, więc podła), to usłyszałby, że mogę go podwieźć tam, skąd bus go weźmie bez tych brakujących pieniędzy.

Po trzecie nie tylko daj szansę i odrzuć stereotypy, ale daj także czas. Gdyby po szansie i rzuceniu propozycji podwózki zaczął się sam zastanawiać (czy nie nadużywa?), dałby mi w ten sposób czas, dzięki któremu wpadłabym na to, że wożę w samochodzie złotówkę na wózek w supermarkecie, z którą to złotówką dość łatwo się rozstanę. Miałby na busa i zmieniłby podejście do podłych bab!

Tymczasem on strzelił ostrego focha, po którym mnie się zrobiło przykro, a on stracił swoją szansę. Przypomina mi to dowcip o blondynce (ten na samym dole strony), tylko że w opisanej sytuacji pan bez dziewięćdziesięciu groszy sam sobie nie dał sobie szansy.

Morał z tego taki, że gdy chcesz strzelić focha, to lepiej nie strzelaj, bo możesz strzelić samobója.

Wszystkim nadużywającym focha dedykuję.