Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pamięć. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pamięć. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 lutego 2015

Gdy ulicami chodzę... (Kazimierz)

Gdy ulicami chodzę, spaceruję z umarłymi i spaceruję z tymi, którzy jeszcze żyją. I z tymi, których obecność ciągle namacalna, choć dawno ich tu nie ma. Dotykam duchów i gonię za cieniami.

Cień babci I, Cafe Baroque/sklep spożywczy, Plac Nowy 8
Wchodzę i proszę pięć deko drożdży do ciasta. Zza wysokiej lady wygląda sprzedawczyni. Nie patrzę na nią, ale wiem, że ma biały czepek i sznurowane sklepowe buty bez palców i bez pięt. Pyta: „Na pewno pięć deka? Nie pięć piw?” i mówi, że się wygłupiam. Nie patrzę na nią i się nie wygłupiam. Wychodzę. Obok stoi całodobowa grupka amatorów wódki i zakąsek.

Cień babci II, Regionalne Alkohole/sklep spożywczy/żydowski sklepik, ul. Miodowa 28a
To ostatni ratunek, ostatni sklep spożywczy przed domem. Chcę drożdże, a tu szwarcmydło i powidło, dziada z babą brakuje, aksamit na stole i lichtarz na aksamicie, wosk kapie ze świeczek. Za ladą Żyd zapatrzony w światło świecy, żadnych drożdży. „Babciu, dokąd mnie wysłałaś?”– myślę z paniką i wychodzę na palcach, by mnie nie dostrzegł. Pod sklepem kłócę się z kierowcą meleksa, czekającym na zmęczonych turystów.

Wracam do domu, a to przecież już nie dom. Można mieszkać siedemdziesiąt lat w jednym domu, a potem mieszkać gdzie indziej, bo już nie w domu się mieszka. I babci nie ma, drożdży, nie będzie ciasta, a restauracja węgierska za rogiem już zamknięta.

Gdy ulicami Kazimierza chodzę, gonię cienie i dotykam duchów. Tłum tu większy, bo przeciskać trzeba się między przedwojennymi mieszkańcami i tymi niemodnymi mieszkańcami, którzy opuścili zbyt modną dzielnicę. Mieszkam na Kazimierzu: mam sąsiadów na zamkniętych osiedlach przy granicach Krakowa i mam sąsiadów na żydowskich cmentarzach.

Próbuję na Kazimierzu utrzymać moje metry kwadratowe. Próbuję zmieścić się tam, gdzie najtłoczniej.


sobota, 1 listopada 2014

Upamiętnianie


– To dla męża – starsza pani postawiła na taśmie cztery olbrzymie znicze – a to dla mnie – ciągnęła, uśmiechając się i wykładając obok zakupy: mały kawałek podrobionego sera żółtego i bułkę.
Kasjerka skasowała znicze, a klientka zerknęła na cenę: ponad dziewięćdziesiąt zł.
– Sporo – skwitowała zmęczona kasjerka, od tygodnia przesuwająca nad czytnikiem ludzkie wspomnienia wtopione w plastikowe pojemniki – ale jeśli ser i bułka są za więcej niż – policzyła w myśli – osiem złotych, to dostanie pani w prezencie od sklepu wygodną torbę na znicze.
Starsza pani zastanowiła się.
– Przepraszam najuprzejmiej, ale może pani odliczyć jeden z lampionów? Ułożę je w tym roku w trójkąt.

Gdy kasjerka czarowała nad kasą, kolejka szemrała. Wszyscy chcieli sprawdzić, ile w tym roku będzie ich kosztowała pamięć o bliższych i dalszych zmarłych.
– Razem będzie sześćdziesiąt siedem złotych. Z serem i bułką. – oznajmiła, a klientka przesypała w jej ręce skrupulatnie odliczoną końcówkę. Kolejka ruszyła, każdemu się spieszyło na cmentarz, by zdążyć do zmarłych przed najbardziej nielubianymi żyjącymi i podpalić swoje wspomnienie jak najszybciej.

Za ponad sześćdziesiąt złotych starsza pani mogła kupić trzy kilogramy sera żółtego, dwa kilogramy szynki albo iść do przyzwoitej restauracji na obiad z winem. Dzisiaj wypiłam zdrowie żyjących i wzniosłam toast za tych, których już nie ma wśród nas. Jak zaproponowała w innym miejscu mądra osoba, zadbałam o moich bliskich, by żyli jak najdłużej.

Fot. N. Bryl.

poniedziałek, 27 października 2014

Ramki

Śniły mi się zdjęcia zbyt małe do ramek,
skurczone jak starzy ludzie.
Zdjęcia na starość się marszczą
i powoli wypadają z ramek.

Chwil, które mijają, nie da się
włożyć w ramki,
bo te chwile są coraz mniejsze,
z każdą mijającą chwilą.

Kirgizja, droga do Biszkeku z Ałmaty.
Widok ze stepu na łańcuch Tien-Szan.

piątek, 24 października 2014

Jajecznica we wspomnieniach. O powtarzalności.

O pamięć tu chodzi, ale także o powtarzalność jej przynależną. Szukam tej pamięci w jajecznicy, królowej poranków, smakiem nad smakami rozsławiającej kuchnie hotelowe, restauracyjne, pensjonatowe, a przede wszystkim kuchnie domowe.

Z boczkiem, z szynką, pomidorami, grzybami, niekiedy z musztardą, zwieńczona szczypiorkiem ma być według jednych mokra, według innych zaś porządnie przysmażona. Moja mama jajecznicę zawsze wysmażała. Skrobało się patelnię łyżeczką (bo tylko łyżeczką w moim rodzinnym domu jadało się jajecznicę) i o te wyskrobki toczyliśmy ostre walki.

Powtarzalność widać na obrazku z przeszłości. Zwykły dzień tygodnia, godzina 8.30 rano, moja mama stoi nad blatem kuchennym z maleńką patelnią w ręce, wyskrobuje w pośpiechu jajecznicę, bo za pół godziny zaczyna próbę, a jeszcze włosy trzeba ułożyć, jeszcze spakować instrument, przebiec dwa kilometry dzielące dom od filharmonii... Powtarzalność tego, co odbiera nam niepowtarzalność, tkwi w tym, że dziś to ja stałam pochylona nad blatem kuchennym, z innej patelenki wyskrobywałam jajecznicę. Jak moja mama.


Każdy z nas już żył wiele razy i żyjemy w różnych wcieleniach równocześnie, wielokrotnie. Pamiętamy nie tylko to, co sami przeżyliśmy, ale i to, co przeżyli nasi przodkowie. Kolorowe ciuchy i wyjątkowe cięcie zafarbowanych na błękitno włosów nie dodają nam niepowtarzalności. Nawet talent muzyczny czy aktorski nie są wyróżnikiem. Akceptujmy naszą powtarzalność, bo powtarzamy się; na przykład w jajecznicy. 

niedziela, 19 października 2014

W tej chwili nienawiść

Wszyscy żyliśmy już i każdy z nas może mieć nawet wiele wcieleń równocześnie. Potrafię sobie to wybrazić lepiej, gdy spotykam szkolną koleżankę w tramwaju. Ma zuchwałe szesnaście lat, jak w dniu, w którym spotkałyśmy się po raz pierwszy, pod szkołą. Potknęłam się na krzywych płytach chodnika, a ona pomogła mi pozbierać rozsypane papiery.
– Dziękuję – uśmiechnęłam się nieśmiało. Nie czułam się zbyt pewnie. Nie wiedziałam, czy moje plecione z rzemieni buty nie będą za bardzo powszechne? Czy długa spódnica, do której sama przyszywałam przez pół nocy koraliki, pozwoli mi zaskarbić życzliwość najfajniejszych uczniów? Obawy, trzęsące się nogi i wystająca płyta chodnikowa odpruły koraliki, pocięły rzemienie.

Jeszcze chwytałam oddech, trzymając palcami ziemię jak sprinter przed biegiem, gdy kątem oka dostrzegłam, że ktoś podnosi z trawnika moje ubiegłoroczne świadectwo. Podziękowałam w myślach i znienawidziłam w tej samej chwili. Trudno lubić kogoś, kto był świadkiem upadku.
– Wstaniesz sama? – zapytała.
Potrząsnęłam głową, nie chciałam pomocy, ale po męsku zinterpretowała moje „tak” jako „nie” i rzuciła się mnie podtrzymać. Znienawidziłam ją jeszcze bardziej, bo trudno lubić tego, kto pomaga wbrew nam.

Tę samą nienawiść czytam w oczach pani, której moja koleżanka pomaga wysiąść z tramwaju. Która nastolatka zrywa się, gdy starszy człowiek wsiada do wagonu, która nastolatka wyskakuje z tramwaju na przystanku, by pomóc wysiąść starszej osobie o lasce, która nastolatka z równą łatwością potrafi zaskarbić sobie niewdzięczność człowieka, któremu udzieliła pomocy? Ma ciągle szesnaście lat, te same gęste brwi i rozpuszczone w nieładzie włosy jak wtedy, gdy zaczęłam ją nienawidzić. Nienawiść do niej swędzi mnie w każdej zmarszczce i fałdzie czterdziestolatki. Gdzie jest moje inne wcielenie, gdzie jestem szesnastoletnia ja? Rozglądam się. Tramwaj dojeżdża na mój przystanek.

Wysiadam. Robię test na nienawiść, upuszczam teczkę. Koleżanka wysiada za mną. Tym razem sama nie upadam. Szkoda mi eleganckich spodni, świeżo zrobionych paznokci. Ona bez skrupułów rzuca się na ziemię i zbiera papiery. Świadectwo pracy, jak wtedy, pofrunęło na trawnik.
– Postarzałaś się – mówi, podnosząc dokumenty. Do kogo mogła skierować te słowa. Rozglądam się. Może do jednego z moich wcieleń chodzących po świecie, których – wiem o tym bez wątpliwości – żyje równocześnie wiele i wszystkie, o czym wiem od tej chwili, nienawidzą tak samo.

niedziela, 14 września 2014

O użyciu właściwego palca

Patrzę na cuda (ostrzeżenie: link jest niemiecki) i przypomina mi się moja pani od fortepianu z podstawówki muzycznej.

Na szczęście tylko rok miałyśmy przyjemność odbywać lekcje fortepianu, pani Szyperko i ja, i tylko raz w tygodniu. 

Byłam ostatnia, po lekcji ze mną pani Szyperko wychodziła ze szkoły. Z jednej strony to dobrze, bo była zmęczona (miała mniej energii), z drugiej źle, bo półgodzinna lekcja niekiedy trwała godzinę; pani Szyperko już się nigdzie nie spieszyła. Fascynował mnie jej nos, bardzo blisko brody (której z kolei do nosa było coraz bliżej). Nie zawsze wiedziałam, co do mnie mówi, bo przez tę brodę chyba miała wadę wymowy. Sala, w której prowadziła lekcje znajdowała się na trzecim piętrze, prowadził do niej korytarz, na którym także były trzy stopnie. 

Zbudowano tę salę wg mnie tak, by zmieścił się w niej fortepian i pani Szyperko. 

Szłam po schodach zawsze jak najwolniej, by jak najbardziej się spóźnić. Rzucałam plecak obok fortepianu, siadałam zrezygnowana na stołku i czekałam na „wyprostuj się” rzucane zza instrumentu, z ciemnego kąta, gdzie pani Szyperko chyłkiem wyjadała ogórki, patisony lub papryki marynowane ze słoika. 

W czasie roku spędzonego na nauce u pani Szyperko grałam Bacha, pewnie inwencje dwugłosowe. 

Nie przykładałam specjalnie uwagi do palcowania, a pani Szyperko, znad słoika, przerywała mi co chwilę. Słyszałam: „trzeci nie czwarty palec [głośne chlup, przełknęła ogórka] w lewej ręce na a”, „cis zagrałaś znowu trzecim [chrup chrup, to patison] w prawej ręce”. Skręcało mnie z głodu. Na zewnątrz panowała ciemność, bo lekcje odbywały się po 18.00 lub nawet po 19.00, a większość roku szkolnego to w mojej opinii jest czas zimowy. Nawet w maju. Nawet w czerwcu.

Legendy krążyły o tym, że pani Szyperko uczniom źle trzymającym nadgarstek wkłada szpilki.

Jak? Gdzie? – nie wierzyłam w to, ale się tego bałam, jak do dziś boję się Freddiego Krugera, choć on nie istnieje. Mój nadgarstek miał bardzo złą postawę. Na marginesie dodam, że pani Szyperko jako żywo jak Freddie Kruger wyglądała, aczkolwiek określenie „jako żywo” do Freddiego niekoniecznie powinno być stosowane. Szpilki nigdy nie zaznałam.

Pani Szyperko widocznie uważała, że nie warto sobie mną głowy zawracać, uczennicy na rocznym zastępstwie, na fortepianie obowiązkowym (czytaj: znienawidzonym). 

Uznała, że nic mnie nie nauczy, więc po co sobie szpilką głowę zawracać, a jednak palcowania pilnowała. Koniec lekcji znaczyło przebieranie spódnicy (zmiana z cienkiej, szkolnej, na ciepłą „na ulicę”). Zasunięcie zamka w ciepłych zimowych botkach wywoływało ulgę w mojej duszy. Dużo czasu potrzebowałam, by przekonać się do prostych, uroczych utworów Bacha, przez które wszyscy przechodzą i do końca życia wspominają je z ciepłymi uczuciami. Moje skojarzenie z inwencjami Bacha wywoływały zapach papryki marynowanej i odgłos chrupania korniszonów.

Gdybym dziś poszła do szkoły muzycznej, grałabym inwencje dwugłosowe na iPodzie, na pianinie elektrycznym, zamiast nut na pulpicie stawiałabym iPoda. 

Jakkolwiek muzyczne życie by wyglądało, pani Szyperko stanęłaby na mojej drodze. Znad słoika i tak poprawiała moje palcowanie na czułym ekranie tabletu...

niedziela, 8 grudnia 2013

Pamięć, parasol i kształtowanie charakteru

Nie pamiętam, bo zgubiłam chusteczkę, na której zawiązałam supełek, by zapamiętać. Absurdalne, a właśnie tak działa pamięć: łatwiej zapamiętać dwie powiązane ze sobą rzeczy niż jedną. Jeśli chcesz zapamiętać, że zamknęłaś drzwi, śpiewaj przy tym przebój Boba Dylana Knockin' on Heaven's Door. Gdy dziesięć minut później, przy wskakiwaniu do opóźnionego autobusu, ogarnie cię panika, a pytanie: „Czy zamknęłam drzwi na klucz?” sparaliżuje nogi, przypomnij sobie, czy leciał Bob Dylan, czy nie. Jeśli leciał, to drzwi na bank są zamknięte, jeśli nie – pociągnij za hamulec bezpieczeństwa w autobusie.



Wielu przyjmuje, że najczęściej gubionym przedmiotem na świecie jest parasol. Proszę policzyć, ile każdy z Was miał parasoli w życiu. Pamięta się nawet, w jakich okolicznościach utracono niektóre parasole. Jeden został w samolocie, drugi w sklepie, trzeci pożyczyło się cioci, w czasie wizyty której deszcz zaczął padać, czwarty odjechał tramwajem numer pięć na pętlę.

Zgodnie z pewną nieupowszechnioną teorią parasol może służyć jako narzędzie wyrabiające charakter. Dzieci otrzymują w prezencie zabawki Tamagotchi, by nauczyć się odpowiedzialności. Mają dzięki zabawkom, o które trzeba w odpowiedni sposób dbać, poznać, czym jest opieka nad żywym stworzeniem. W wielu rodzinach zakup pieska czy kotka poprzedza zakup Tamagotchi.

Trudno mi stwierdzić, czy dzieci, które bawiły się Tamagotchi, w dorosłym życiu nie będą zapominać parasola z pociągu. Lecz dorośli zmuszeni do noszenia parasola w niepogodę, mogą wypróbować na sobie metodę Tamagotchi – a raczej na swoim parasolu. Wystarczy dbać o niego, czyścić, suszyć, gdy zmoknie itd. Nosić codziennie, nawet w dni pogodne, celowo, prowokując sytuacje, w których zwykle parasol się zawieruszał. Jeśli po pół roku nadal dbamy o ten sam parasol, można z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, że charakter nam się wyrobił. Jeśli zmieniamy parasole, trzeba nad sobą popracować.

Parasol może stać się także tą chusteczką, na której wiążemy supełki, by nie zapomnieć o czymś istotnym. Stuknięcie parasolem o podłogę w chwilę po zamknięciu drzwi na klucz, pozwoli wyeliminować strach o pozostawienie wolnego dostępu do chaty. Można wprawdzie śpiewać piosenkę Dylana, ale – pamiętajmy – w ten sposób nie wyrobimy sobie charakteru.

Tyle mają wspólnego pamięć, parasol i siła charakteru.

Osobiście muszę się przyznać do małego szachrajstwa: od lat, zamiast parasola, noszę kapelusz z grubego, marynarskiego płótna. Dzięki temu nie gubię parasoli, bo ich nie mam i przez to nie mam szans na ćwiczenie siły charakteru. 

Ostatnie rozdanie

Stary notes w roli magdalenki uruchamiającej pamięć, lecz nie po to, by odzyskać utracony czas, lecz by dowiedzieć się, czy jeszcze coś zostało do zdecydowania.

Nie otrząsnęłam się w pełni po tej książce. To znaczy, że Wiesław Myśliwski dotknął tego, co skryte. 

czwartek, 11 lipca 2013

Prezent („Les Souvenirs”)

W drugiej połowie przykrego dnia dostałam prezent.


David Foenkinos polubił mój tweet o jego przepięknej książce. „Les Souvenirs”, wspomnienia, przypomniały mi, że prawie dziewięć lat życia poświęciłam badaniu pamięci. 

sobota, 2 marca 2013

Polio (Philip Roth, „Nemesis”)

That box from which you cannot force your way-out. That box in which a twelve-year-old was twelve years old forever. (s. 63)
In the driver's seat was a chunky little man in a dark suit whose nose was broken like his grandfather's and maybe for the same reason: anti-Semitism. (s. 68)
There the hot pack treatment continued, along with painful stretching of the contracted muscles of his arms and legs and of his back - which the paralysis had twisted – in order to „reeducate” them. (s. 239)
Wspaniała konstrukcja książki. Zwroty akcji zaskakujące, napięcie rosnące do kulminacji, a potem utrzymujące się na wysokim poziomie. Indywidualna historia winy i wiary wpleciona w dramat społeczności, doświadczanej przez tysiąclecia.

Polio, zatem, jako uzupełnienie antysemityzmu? Kolejna plaga egipska, tym razem zwrócona przeciwko Żydom z Newark?

Myślę o książce i, zarazem, czuję ból rozciąganych mięśni, strach przed punkcją, izolację, bezsilność. Paraliż to takie nieustępujące zdrętwienie, tylko nie czuje się ścierpniętych części ciała. Wpatruję się w kolano, czy drgnie, stuknięte młoteczkiem trzymanym przez cierpliwą dłoń lekarza.
Drgnęło. Lewe. Prawe jakiś czas później. Do dziś odczuwam jego słabość.

Do dziś też powraca ten sen, w którym nie mogę się poruszyć, świat cały pokruszony na kawałki, elementy, odłamki, spada na mnie. Nagle znika, jestem w pustce. Nie wiem, na czym stoję, nie wiem nawet, czy stoję. Lecz nie jestem w stanie ruszyć choć palcem. Jestem sparaliżowana. We snach do dzisiaj mam polio.

Dlatego tak bałam się tę książkę przeczytać i dlatego, skończywszy ją w środku nocy, boję się zasnąć.


Philip Roth, Nemesis, Vintage Books: London 2011.

wtorek, 26 lutego 2013

Jak dobrze

Jak dobrze pospierać się o to, czym jest reprezentacja, a czym pamięć. Szczególnie, gdy jedno pisze doktorat o jednym, a drugie napisało o drugim. 

sobota, 9 lutego 2013

Prze...

Przeszłość odeszła. Jakby jej nigdy nie było. Jest tylko teraźniejszość. Życie dzisiejsze.
Szczęście.

czwartek, 10 stycznia 2013

Zapłakałam (Berlin)



David Bowie dał mi powód do łez: na teledysku do jego nowej piosenki – już samo pojawienie się tej nowości, po dziesięciu latach milczenia, to powód do płaczu, choć z radości – jest Berlin. To piosenka o pamięci, a to trzecia przyczyna mojego wzruszenia.

Nie jestem chyba jedyna, tak poruszona tym utworem. 

niedziela, 16 grudnia 2012

Czytałam

...what you end up remembering isn't always the same as what you have witnessed.

It strikes me that this may be one of the differences between youth and age: when we are young, we invent different futures for ourselves; when we are old, we invent different pasts for others.
Dwa tylko cytaty z książki, która mnie pochłonęła, choć nieco rozczarowała zakończeniem. Jej metaforyka, głęboka mądrość, wielość aforyzmów – wszystko wskazywało, że skończy się z wielkim hukiem, tymczasem nie. Skończyła się przeciętnie, tak, jak przeciętny jest jej główny bohater. Człowiek, z którym za wszelką cenę nie chcemy się identyfikować, bo jest nam do niego niezwykle blisko.

Julian Barnes, The Sense of an Ending, Random House, London 2011.

poniedziałek, 28 maja 2012

Obraz w wyobraźni

Wyobrażam sobie zdjęcie.

Pointy, blisko siebie, postawione na czubkach, tasiemki zawiązane tak, że wyglądają jak splecione ręce z tyłu na sylwetce dwojga ludzi. Pointy ukazane trois-quatre.

Od wielu lat – od pierwszej chwili, gdy założyłam pointy na stopy po raz pierwszy - wyobrażam sobie, że stopy baletnicy są jak dwoje ludzi. Czasem blisko, splątani, czasem daleko. Czasem jak w pierwszej i drugiej pozycji, przeciwko sobie, a czasem jak w pozycji piątej, czyli 69. 

Przetwarzam

Jak pierwsze truskawki, jedzone bez opamiętania, wchodzą we mnie słowa, historyjki, zdarzenia. Nie bronię się, ale każde z nich pilnie zapisuję, wysuwając czasem język na wzór dzieci z pierwszej klasy, stawiających zbyt wysoko kropkę na „i”, licząc na to, że i mnie, dzięki temu językowi, udzieli się entuzjazm sześcio- i siedmiolatków.

Spisuję każde słowo. Z ust moich rozmówców piję. Nie mogę się doczekać, by skończyli nareszcie gadać, bo już, natychmiast, chcę chwycić urządzenie i zapisać tę myśl, te słowa, to skojarzenie. Opowiedzieć tę historię, która wyrosła we mnie niepostrzeżenie, jak guz niezłośliwy, acz przeszkadzający, drażniący palce, zbyt wolno poruszające się po klawiaturze.

Uciekła. Myśl. Uciekło. Słowo.

Zgubione na zakrętach synaps. Pozornie zapomniane, zachowa się jako ślad pamięci, wróci, lecz nie będę wiedziała, czy wraca jako nowe, czy jako stare, odkopane. Archeologia pamięci to nie badania poważne, to nie Foucault, Derrida czy Bourdieu, bożesztymój, dlaczego oni wszyscy Francuzami są, dlaczego o pamięci tylko Francuzi potrafią pisać i paru Niemców? Quand je veux en parler, je commence à penser en français. La mémoire. Ma mémoire. Archeologia pamięci to kopanie we własnej głowie, odkrywanie warstw i zdumienie, gdy tam, gdzie spodziewasz się co najmniej pałacu z okresu Nowego Państwa, oszałamiającej świetności, znajdujesz zabawki, smutne misie bez oczu, uszu i rąk, zeszyty szkolne...

Przetwarzam. Każda historia, która wpadnie w te zwoje, wyjdzie inna. Nie wierzcie mi, nie wierzcie... 

niedziela, 6 maja 2012

Nie można się było spodziewać...

...że nigdy się nie spotkamy.

W ciasnych knajpach Krakowa ocierają się o siebie wspomnienia zapomniane, wspomnienia zabite. W ciasnych i ciemnych knajpkach Krakowa trudno dostrzec to, czego się nie pamięta i czego się nie poznaje. Przy chybotliwych stołach siedzą trupy wspomnień. Knajpy Krakowa to masowe groby zabitych śladów pamięci. To miejsca pamięci nie symboliczne, lecz dosłowne.


wtorek, 21 lutego 2012

fotografie

Zakłócają pamięć. Odbierają pamięć tego, co nie zapisano na zdjęciach. Jakby to, czego nie sfotografowano, nie istniało.

Niszcząc fotografie, niszczysz przeszłość. Tracąc fotografie, tracisz pamięć.