Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 września 2023

A gdzie pani mieszka?

 – A gdzie pani mieszka? Może miejsce powoduje chorobę? – pyta lekarka, pogłębiając wywiad. 

– Poza centrum, ale prawie całe życie mieszkałam na Kazimierzu, a wie pani, tam wilgoć, kamienie, ciasne, wybetonowane podwórka, samochody, nie to, co teraz, zieleń wokół, widok na park… 

– Ja to samo – przerywa – wychowałam się na rogu Alei, za dużo samochodów, za mało zieleni. Teraz mam zieleń, ale nie mam sąsiadów, bo trudno o sąsiadów, jak się mieszka na odludziu. Wie pani – śmieje się – tak teraz te mieszkania budują, że wchodzi się z klatki schodowej prosto do kuchni. Kupiliśmy więc dom, jak na Alejach kamienicznik podniósł czynsz. Nie robił remontów do tego, musieliśmy się wyprowadzić.

– Moi rodzice też się wyprowadzili z Kazimierza – komentuje pacjentka ze zrozumieniem w głosie – te same problemy, a przecież moja mama w tym mieszkaniu się urodziła. 

– Moja mama we Lwowie – lekarka dorzuca, kiwając głową. 


Kilkadziesiąt sekund rozmowy, może minuta, a dotknęły nie tylko większości problemów przeszłości polskiej ostatnich ponad stu lat, ale także tych, które gnębią nasze społeczeństwo dzisiaj. 

Na pytanie „Gdzie pani mieszka?” powinno się w naszym kraju odpowiadać „w przeszłości”. 



wtorek, 13 maja 2014

Nagabywanie

nagabywanie – natarczywie poprosić o coś lub zatrzymać kogoś niespodziewanie dla zapytania o coś lub nawiązania rozmowy

W Pradze po raz pierwszy byłam zimą 1996 roku. Spacerowałam, zachwycając się bajkowym pięknem kamienic, wąskimi uliczkami, knajpkami na każdym kroku i tym, że sklepiki z pamiątkami, w których nie zaopatrzyłam się w koszulkę z napisem „Praha – Kafka” są czynne chyba do świtu. Zachwycałam się także tym, że pod Karolinum zaczepia mnie Mozart i namawia, bym wpadła na premierę „Don Giovanniego”. Ten pierwszy Mozart w moim życiu był ciemnoskóry, co z tego. Przyjęłam, że uczestniczę w niezapowiedzianym spektaklu rozgrywającym się na ulicach jednego z najpiękniejszych miast Europy i poprawnie odegrałam swoją rolę: usiadłam w herbaciarni, wypiłam „zawieszoną kawę”, podziwiałam świt z mostu Karola na pocztówce, odstałam swoje, czekając na wejście na Złotą Uliczkę, jeszcze wtedy niebiletowaną.
Do Pragi wracałam wiele razy, ale prawie dziesięć lat po tej pierwszej wizycie spędziłam tam pół roku. Już po kilku dniach miałam dosyć przedzierania się przez tłumy turystów, biorących udział w tym samym przedstawieniu, które ja zaliczyłam kiedyś. Codzienne zakupy w najbliższym spożywczym były utrudnione, bo zawsze jacyś Amerykanie wybierali piwa lub przeczesywali półki w poszukiwaniu ostatniej Becherovki. Moją ulubioną kawiarnię na Hradczanach przeniesiono do mniej turystycznego zaułka. Niegdysiejsze galerie przekształciły się w sklepy z pamiątkami wątpliwej artystycznie jakości. Królował Kafka w roli ducha Pragi, Mozart jako naganiacz, głowę w rękach w ulubionej cukierni trzymał, widząc to wszystko, Nohavica.


Oby nigdy w Krakowie nie było tak jak jest w Pradze – pomyślałam wtedy.

Moja prośba nie została wysłuchana. Nową Pragą jest Kraków, nieporównywalnie mniejszy od stolicy Czech, a gromadzący te same grupy turystów z Europy i ze świata. Rządzący miastem cieszą się z rosnącej liczby odwiedzin, bo jakoby ma to dowodzić wzrostu, ale, pytam, czego wzrostu? Znaczenia miasta? Popularności? Pozycji na liście turystycznych celów? Jakby zapominali, do czego miasto służy. No właśnie, do czego? Otóż miasto służy do mieszkania. W Krakowie jednakowoż mieszkańcy stoją w jakiejś innej kolejce, nie tej, która gromadzi się pod Magistratem, jak w tej kazachskiej bajce, którą tłumaczy się dzieciom, dlaczego mają krótkie i płaskie nosy. Gdy Bóg rozdawał nosy, Kazachowie stali w kolejce po mądrość. Mieszkańcy Krakowa, pragnąc podtrzymywać mit miasta, kształcą się na „ujotach”, przesiadują w „Jagiellonce” i chodzą do teatrów („starych” i nowych). Tymczasem urzędnicy miejscy i władze miejskie rozdają to, na co leci gawiedź, czyli „look and feel”, ów kazachski nos, turystom.

Z braki Kafki powstaje więc w Krakowie szlak literatury (tabliczki na ławkach), honorujący literata zbiorowego (dla niepoznaki literackie szlaki Małopolskie nazwano po angielsku, by przypadkiem polski czytelnik nie trafił na nie w internecie). Lokalny potencjalny Mozart, czyli Pani Elżbieta Penderecka z małżonkiem, uznał, że peruka nie pasuje, tupeciku za to nie brak. Lokalnych bardów zachęcają do skorzystania z meleksa i zyskania jedynego w swoim rodzaju doświadczenia ekologicznego zwiedzania miasta lokalni naganiacze.
Posługują się tymi samymi frazesami, którymi lokalni naganiacze pod piramidami usiłują namówić do wdrapania się na wielbłąda i odbycia „jedynej w swoim rodzaju, wyjątkowej wyprawy przez pustynię do grobów faraonów”. U nas „melki” wiozą na Kazimierz, gdzie na przykładzie ostatnich zrujnowanych w latach powojennych kamienic pokazuje się Holokaust, i do Fabryki Schindlera, by uhonorować świetną kreację Liama Neesona u Spielberga.
Naganiacze stoją w Krakowie na każdym centymetrze kwadratowym cennej przestrzeni miejskiej, nierozważnie nieprzeznaczonej do zabudowy pod ogródki kawiarniane w planie zagospodarowania przestrzennego. Naganiają, by spożyć typowy polski obiad w regionalnej restauracji. Obsługę przyodziano w stroje z obowiązującego nurtu „folk” – na głowie wianek, a na nogach legginsy. Naganiają do sklepu z pamiątkami, gdzie można wybierać między chińskim smokiem wawelskim, hawańskim cygarem i sziszą (prosto spod piramid). Kraków, widać, jak cała Polska, jest przedmurzem chrześcijaństwa. Czujemy tu powiew Orientu na każdym kroku, dobiega z każdego kebabu.

Naganiacze zaczepiają i mnie. Odpowiadam zawsze i niestrudzenie:

Czy pan/pani nie wie, że zaczepiać obcą osobę na ulicy jest niegrzecznie i świadczy o braku dobrego wychowania? 

Już nie biorę, jak kiedyś w Pradze, udziału w spektaklu całodobowym jak sklep monopolowy. Praga jest wielka. Kraków – choć Wielki, po przyłączeniu okolicznych wsi i miasteczek w 1911 roku – to zbyt mały. Jak znaleźć złoty środek, godzący interesy mieszkańców z zapotrzebowaniami turystów? Gdzie znaleźć rzeczników mieszkańców, skoro władze bronią praw turystów. Gdzie, zresztą, są mieszkańcy Krakowa? Pod Myślenicami, podobno, na nowym strzeżonym osiedlu. Z centrum miasta, jak dowiedziałam się, należy się takim zramolałym cierpiętnicom jak ja wyprowadzić.

Przecież musiałaś wiedzieć, wprowadzając się na Kazimierz, że to dzielnica rozrywkowa – powiedziano mi. 

Proszę szanownej wycieczki. Na Kazimierz to się wprowadziłam w 1975 roku, wtedy to tu były rozrywki…


sobota, 22 czerwca 2013

Odpryski jednego dnia (Beauvais)

„Vous êtes...” – zawiesza głos i przekrzywia lekko głowę, nadstawiając ucho ku moim ustom. Pan w recepcji przywodzi mi na myśl późnośredniowieczne tapiserie flandryjskie (na przykład The Devonshire Hunting Tapestries). Ma pociągłą twarz, wystające kości policzkowe, blond włosy. Gdyby wstał, jego normandzka wysokość przewyższyłaby znacznie moją słowiańską niższość. „Historienne” – odpowiadam szybko i myślę tylko o tym, by w końcu dał mi klucz do pokoju, chcę leżeć, leżeć, leżeć. Pan ma ochotę na pogawędkę. Wypytuje o muzea, z jego twarzy ani na moment nie schodzi uśmiech. Lekkie, jednostronne przekrzywienie ust, gwoli ścisłości.


Zastanawiam się, czy to jeden z typowych przedstawicieli miasta Beauvais, potomek średniowiecznego biskupa, jednej z najważniejszych person królestwa Francji. Widziałam ich wczoraj Beauvaisiens, wszystkich. Wylegli na ulice, które zwykle ignorują, gnieżdżąc się w swoich mieszkankach, by uczestniczyć w Święcie Muzyki. Przedzierałam się przez tłum zgromadzony przed każdym stanowiskiem muzycznym i pragnęłam w końcu dotrzeć do hotelu, o którym wiedziałam tyle, że jest położony w dzielnicy willowej.

Pan zadał mi jeszcze kilka pytań, zanim wręczył klucz. Po wejściu do pokoju, padłam sama na dwuosobowe łoże. Długa chwila upłynęła, zanim się podniosłam i rozejrzałam. Błękitne ściany współgrały ze świergotem ptaków zza okna. Roześmiałam się, widząc umywalkę usytuowaną w samym pokoju. Roześmiałam się, bo przypomniał mi się inny błękitny pokój, nad oceanem (analogia trafiona: Beauvais cieszy się klimatem oceanicznym, łagodnym). Do tamtego wchodziło się przez łazienkę, wyposażoną w kabinę prysznicową, umywalkę i tak, także ubikację.

Roześmiałam się raz jeszcze, nerwowo i ze zmęczenia. Co mi przyniesie następny hotel? Jakiego koloru będą ściany? Czy ręczniki będą wyprane, czy tylko odkażone? Sprawdzam tutejsze ręczniki, ściany w mikroskopijnych rozmiarów łazience są również błękitne. Wchodzę pod prysznic, zamykam oczy, czas na pięciominutowe spa – woda gorąca – woda zimna – gorąca – zimna. Przy pierwszej fali ciepła, gdy zamykam oczy i relaksuję się, spływa na mnie lęk: wiem, z kim kojarzy mi się pan z recepcji. To bohater „Psychozy”. Dlatego podkreślał, że nie ma ścisłej godziny wymeldowania, mogę z hotelu wyjść, kiedy chcę. Mogę, ale nie wyjdę, godzina nie ma znaczenia.

„Bonjour madame!” – przez cały korytarz krzyczy do mnie bohater „Psychozy”, upychając koszulę w spodniach. Mam ochotę uciec, także krzycząc, lecz z przerażenia. Pod prysznicem mnie nie dopadł, najwyraźniej od czasów Hitchcocka właściciele położonych na uboczu hoteli zmienili metody mordowania samotnie podróżujących kobiet. Jednym butem o rozmiarze 49 mógłby mnie rozdeptać. W zamian za oszczędzenie mi życia, prosi wystawienie hotelowi opinii w serwisie rezerwacyjnym. Ocalałam. Tym razem.

Budzę się razem z małym miastem przygniecionym nieskończoną katedrą. Jak się żyje w jej cieniu? – zadaję sobie pytanie, mijając średniowieczny dom wystawiony na sprzedaż. Może to jeden z tych karolińskich budynków, rzadkość nawet we Francji, w której średniowiecze jest obecne wszędzie, najbardziej w mało higienicznych obyczajach jej mieszkańców? Starsi panowie ciągną wózki, które zaraz wypełnią bagietkami, warzywami, różnymi rodzajami mięs. Z zazdrością patrzę na wystawę sklepu mięsnego. Przypomina sklep z cukierkami – dobra poukładano elegancko, bo ekspozycja żywności we Francji to połowa smaku. Równie pięknie będzie wyglądało wieczorem na talerzach Beauvaisiens, gdy ja, jeśli mi się uda, ugotuję jakże polską botwinkę z ogórkami kiszonymi, zabieloną prawdziwą śmietaną.

Z moim „sandwich jambon-beurre” podchodzę do katedry. Grupa turystów australijskich usiłuje sforsować bramę. Nie uda im się. Po raz kolejny i ja się odbijam od wrót najwyżej sięgającej nieba świątyni średniowiecznej Europy. Sandwich rekompensuje mi brak wysublimowanych przeżyć historyka. Wyśmienita bagietka i jedyny w świecie sposób przygotowywania kanapek, w których czuć smak cienkich kawałków sera i szynki oraz słonego masła.

Siadam w kawiarni. Obok mnie sami mężczyźni. Przechodząca obok pani w średnim wieku poprawia czerwoną szminkę na ustach, gdy dziecko wpatruje się we mnie, stukającą na laptopie. Czas do domu. Autobus – samolot – autobus. Tym razem to nie relaksacyjny na zmianę ciepły i zimny prysznic. Tym razem to powrót. Czeka mnie dziesięć dni w domu. Czas świętować, zapomniawszy o Beauvais, katedrze i francuskich smakach.

Ale nie wyjadę bez ostatniej wieczerzy. Nie wyjadę, nie zjadłszy steka. Zwykłego steak-frites na podparyskim lotnisku Beauvais-Tillé. Jest bavette de boeuf, czyli łata wołowa. Zachęcam, byście zanim przejdziecie przez na tym lotnisku wyjątkowo kretyńską kontrolę bagażu, zjedli pożegnalnego woła w jedynej restauracji w Terminalu 2.

PS Przy okazji poszukiwań ładnego zdjęcia fantastycznych tapiserii flandryjskich dowiedziałam się, że na Wawelu znajduje się jedna z najcenniejszych europejskich tapiserii flandryjskich, z serii Historii Rycerza z łabędziem. Najwyższy czas wybrać się znowu na Wawel, bo coś przegapiłam.




piątek, 7 czerwca 2013

Widok z okna (Beauvais)

Świadectwo próżności właściwej tylko religiom.


Mam je za oknem. Wyglądam co chwilę, sprawdzam, czy potężny kawałek średniowiecza nadal tam stoi.  


niedziela, 2 czerwca 2013

Leon Leyson - wspomnienia Ocalonego przez Schindlera

Czytam, że w sierpniu ukażą się wspomnienia Leona Leysona, najmłodszego z Żydów uratowanych przez Oskara Schindlera – a już porównuje się je do pamiętników Anny Frank.

Miałam okazję poznać go osobiście przy otwarciu muzeum w fabryce Schindlera w Krakowie. Kierowałam tym otwarciem i wielkim zaszczytem – największym, jaki mógł mnie spotkać – było organizowanie przyjazdu Ocalonych przez Schindlera do Krakowa. Leon Leyson przyjechał z żoną. Sprawiał wrażenie niezwykle kruchego człowieka. Jednak gdy zaczynał snuć opowieści – najrozmaitsze – patrzyłam na niego, jak na szkolnego kolegę, spotkanego po kilku latach utraconego kontaktu. Dobrze zapamiętałam jego przenikliwe, szalenie dobre oczy. To cecha wspólna wszystkich Ocalonych przez Schindlera, których spotkałam: dobro w oczach; w niektórych jeszcze figlarne błyski i chęć żartowania.

Będę starała się przeczytać książkę pana Leona. Nie potrafię jednak uwierzyć, że jego wspomnienia mogą przypominać dzienniki Anny Frank. Jej zapiski powstawały na bieżąco, gdy była dzieckiem; on spisuje post factum, od wydarzeń z czasów wojny dzieli go niemal 70 lat i sto udzielonych na ten temat wywiadów. Nie odbieram mu autentyczności (choć u jednego z Ocalonych, swoistej „Gwiazdy” Schindlera, widziałam już zautomatyzowanie opowieści – nie odpowiadał na pytania, lecz skandował wyuczony tekst Ocalonego), lecz podchodzę ostrożnie, zarazem z dużą nadzieją. 

środa, 27 lutego 2013

Spacerując,

Spacerując dziś po ogrodzie Tuileries, rozmyślałam o tym, jak często antyczni bohaterowie są przedstawiani nago. Ciekawe, czy tak właśnie jawili się w wyobraźniach rzeźbiarzy minionych epok?

Cyncynat, dajmy na to, przechadzał się goły brukowanymi ulicami Rzymu, a członek jego swobodnie zwisał na widoku, przyciągając wzrok spragnionych wrażeń Rzymianek? Togę kazano mu założyć, bo obrażał obyczajność, ale nie zachowało się w pamięci, czy po zdjęciu togi nagi pozostał.

A przecież Cyncynat (na zdjęciu nagusieńki, jak go artysta stworzył) był wzorem cnót. Wprawdzie obywatelskich, które niekoniecznie muszą z obyczajnością się pokrywać. Ciekawe, co na jego golutki wizerunek powiedzieliby sarmaccy bracia szlachta. Ciekawe, jak na gołe uosobienie cnót obywatelskich zareagowaliby współcześni propagatorzy republikańskich idei w wydaniu konserwatywnym.

Toga smętnie zwisa Cyncynatowi z ręki. Zwisa także jego przyrodzenie. Miejmy nadzieję, że paryżanki reagują na niego, choć on na nie nie reaguje. 

wtorek, 26 lutego 2013

Jak dobrze

Jak dobrze pospierać się o to, czym jest reprezentacja, a czym pamięć. Szczególnie, gdy jedno pisze doktorat o jednym, a drugie napisało o drugim. 

niedziela, 17 lutego 2013

Łagodność Wagnera, zdecydowanie Furtwänglera

Odkrywam łagodność Wagnera. Ulegałam, przyznaję się, stereotypom i doszukiwałam się w jego muzyce agresji, dominacji, nadludzkich mocy. W preludium do III aktu Śpiewaków norymberskich słychać jednak czułosć i własnie łagodność.



Dyryguje Wilhelm Furtwängler. Jeden z najwybitniejszych dyrygentów XX wieku wynegocjował z Goebbelsem dofinansowanie Berlińskich Filharmoników w zamian za udział orkiestry w propagandzie III Rzeszy. Nie wyjechał z Niemiec, jak wielu twórców. To wystarcza wielu, by go oskarżać o antysemityzm, popieranie nazizmu itd. Tymczasem...
Können Sie mir einen Juden nennen, für den Furtwängler nicht eintritt? 
– zastanawiano się w Ministerstwie Kultury w 1933 roku. Pytanie było zapewne efektem wymiany listów otwartych między Furtwänglerem a Goebbelsem z wiosny tego roku, zamieszczonych w „Berliner Tageblatt” 11 i 12 kwietnia.
Nur einen Trennungsstrich erkenne ich letzten Endes an: den zwischen guter und schlechter Kunst. 
Kto nie podpisałby się pod tym stwierdzeniem. Dzisiaj łatwo to uczynić, ale w 1933 roku, gdy Furtwängler odmówił dzielenia muzyki na czystą i nieczystą rasowo, broniły go jedynie jego autorytet i pozycja.



Być może jego samego i Żydów, za którymi się wstawiał, obroniło branie udziału w propagandzie nazistowskiej (Żydów częściowo: miszlingowie wprawdzie mogli grać w orkiestrze, ale stuprocentowe pochodzenie żydowskie równało się konieczności opuszczenia zespołu i, ostatecznie, emigracji). Utopijne to myślenie, że masy można zachęcić do muzyki klasycznej, organizując koncerty w fabrykach. To, zresztą, jeden z wielu przykładów pokazujących bliskość komunizmu i nazizmu – nie ideologii, lecz mechanizmów.

Furtwängler bronił Żydów, ale i jemu nie wpadło do głowy popieranie kobiet i ich uczestnictwa w orkiestrze symfonicznej – na marginesie zwracam uwagę, patrząc na homogeniczność orkiestry na drugim z zamieszczonych filmów. Różnie przebiegało przyznawanie praw mniejszościom i ciekawie byłoby się mu przyjrzeć; komparatystyczne badania nad tymi procesami na świecie w przypadku kobiet, Żydów, homoseksualistów, a w USA Afro-Amerykanów czy Indian jakoś nie utkwiły mi w pamięci. Bronił, to za duże słowo. Patrzył na sztukę, nie na pochodzenie.

Od łagodnego Wagnera do stanowczego Furtwänglera. I ja powinnam tą drogą, którą moje myśli poszły, podążyć. W zdecydowany sposób zabrać się za to, za co się nie zabieram.

PS. Polecam i polecam.

Szymon Goldberg. Skrzypce

Zasłużył na cztery akapity w polskiej Wikipedii. Pewnie dlatego, że wyjechał z Polski jeszcze jako dziecko. Nieco więcej uwagi poświęcają mu niemieccy redaktorzy Wikipedii.

W wieku 16 lat został koncertmistrzem filharmonii w Dreźnie; trzy lata później objął tę samą funkcję w Filharmonii Berlińskiej. Choć w czasie II wojny był internowany przez Japończyków w Indonezji, to u schyłku życia poślubił Japonkę i przeprowadził się z nią do Japonii. Tam zmarł, u stóp góry Tate. Od 2009 roku Miśnieńska Międzynarodowa Akademia Muzyczna w Dreźnie organizuje konkurs skrzypcowy im. Szymona Goldberga, upamiętniający postać patrona.

Biblioteka Kongresu bada skrzypce Goldberga, które wdowa po nim przekazała tej instytucji. Bada, ponieważ zaliczają się do najlepszych instrumentów na świecie. Wykonał je Giuseppe Guarneri, zwany del Gesú. Na jego skrzypcach grali Jascha Heifetz, Fritz Kreisler, Nigel Kennedy, Henryk Szeryng, Bartłomiej Nizioł, Paweł Kochański i właśnie Szymon Goldberg.

Historia instrumentów jest niekiedy równie fascynująca, co dźwięki, które można z nich wydobywać. Skrzypce Goldberga, „Baron Vitta”, na przykład – jak wieść niosła – miały być instrumentem bliźniaczym „ex-Kreislera” (należących kiedyś do Fritza Kreislera). Oznaczało to, że zostały wykonane z jednej deski. Okazało się to jednak nieprawdą, mimo niezwykłej zbieżności między drewnem wykorzystanym do budowy jednych i drugich.

Aaron Rosand, amerykański wirtuoz, sprzedał swoje skrzypce Guarnierego w 2009 roku za 10 mln dolarów. To najwyższa kwota uzyskana dotychczas za instrument muzyczny. Płakał, rozstając się z nimi. Należały kiedyś do Pawła Kochańskiego, zapamiętanego nie tylko z uwagi na jego talent muzyczny, lecz również dzięki temu, że wspomagał m.in. Karola Szymanowskiego w pracach kompozytorskich nad jego utworami skrzypcowymi.



Nagranie z 1957 roku. Nie ma szansy, że wykonane na tych skrzypcach (nabył je w 1958 roku). Za to Bartoka mógł nagrać na Guarnerim.



PS. Ciekawe: dlaczego Marcin Szymkowiak postanowił przyjąć pseudonim Szymon Goldberg

poniedziałek, 11 lutego 2013

Historyczna chwila


Czego Polak nie zrobił, to dokonał Niemiec. Odszedł. Cieszę się, że mogę to przeżyć, wydarzenie, o którym będzie się wspominać jako o przełomie.


czwartek, 17 stycznia 2013

Kłótnia myśli (Igor Ostachowicz)

Kłócę się od kilku dni w myślach o książkę pana Igora Ostachowicza Noc żywych Żydów. Pomysł mnie zachwycił, ironia, której książka jest pełna, to jedyny środek, którym ten temat można potraktować, ale ten język...

Moje myśli mogą już być stare i dlatego taki język wywołuje ich kłótnię. W takim razie moje myśli zawsze były stare, bo elegancja Sebalda czy Huellego lub śpiewność Mahfuza, Pamuka i Tokarczuk bliższe mi są niż bałagan i epitetów spiętrzenie pana Ostachowicza.

Rozumiem, że współczesny człowiek takim językiem mówi, ale czy naprawdę książka, dobra książka, ma odzwierciedlać ten język w pełni? Nie mogę się z tym zgodzić. Książki właśnie dlatego pisze się. Jak w mowie styl książkowy się nie sprawdza, tak i w piśmie rzadko kiedy, rzadko komu udaje się pisać językiem mówionym. 

czwartek, 3 stycznia 2013

Mistrzyni

Pamiętam to olśnienie, gdy po raz pierwszy zapoznałam się z książką. „Oni” pochłonęli mnie raz na zawsze. Nie chodziło o to, że jest to materiał źródłowy, że to prywatne wypowiedzi ludzi, którzy spadli z najwyższych stołków w kraju.

Olśnienie zupełnie inny wymiar miało. Dzięki Teresie Torańskiej zrozumiałam, że rozmawiać można także z ludźmi z innych światów. Z ludźmi, którymi być może się gardzi, być może nienawidzi, a może po prostu obdarza obojętnością. Jakub Berman, Julia Minc i Edward Gierek – to były najbardziej wstrząsające dla mnie rozmowy. Zdjęcie E. Gierka w dresie, biegającego pośród drzew, uświadomiło mi ostatecznie, jak bardzo jednostronnie patrzymy zazwyczaj na świat. Ludzie nieludzcy nabrali człowieczeństwa.



Teresa Torańska była jedną z tych osób, nielicznych na świecie, które potrafiły, spokojnie patrząc w oczy, dociekać najtrudniejszych rzeczy i uzyskiwać odpowiedź satysfakcjonującą dociekliwego, a nawet nastawionego anty czytelnika, nie obrażając zarazem pytanego.

Rozpłakałam się, jakbym kogoś bliskiego, bardzo bliskiego straciła. 

niedziela, 11 listopada 2012

Na 11 listopada

Odnoszę wrażenie, że niektórzy patrioci przyprawiają wszystkim Żydom pejsy, by przypadkiem nie pominąć żadnego, nie omylić się, gdy będą dokonywać selekcji.
Jakby nigdy nie było asymilacji, akulturacji, jakby nigdy Żydzi Polakami nie byli!

środa, 24 października 2012

Na próżno szukać... (polskie media)

Na próżno szukać pewnych informacji w polskich mediach.

Zmarł najstarszy żyjący więzień Auschwitz, Polak, Antoni Dobrowolski. Miał 108 lat. 
Zmarł Wilhelm Brasse, także więzień Auschwitz, na polecenie Niemców dokumentujący życie obozowe fotografiami. Miał 95 lat. 

Takich rzeczy musze sie dowiadywać z mediów zagranicznych. 
Nie, tvn24 też podało. 

poniedziałek, 24 września 2012

Inscenizacje historyczne

Coraz bardziej denerwują mnie wszechobecne inscenizacje historyczne. Nie tylko ze względu na propagowanie kultu żołnierza, ostatniego z interesujących mnie osobiście kultów, a drugiego (po kulcie religijnym) na mojej liście kultów do wytrzebienia. Również dlatego, że pokazywanie dzieciom, jak to na wojence ładnie sprawia, że dzieciom się wojenka podoba i podobać będzie nadal za lat dwadzieścia, gdy nam ładną wojenkę urządzą.

Moja ciekawość pcha mnie też do pytań o nowe inscenizacje, nie tylko polskie. Skoro Grunwald robią Polacy, bo to polska wygrana („polska sprawa” to umowna sprawa), czekam, kiedy Niemcy zrobią jakąś inscenizację. Na przykład inscenizację tłumienia powstania warszawskiego (jestem za zburzeniem w ramach tej inscenizacji kilku architektonicznych potworków stojących w centrum nowej Warszawy). Lub alianci wygotują inscenizację bombardowania Lipska czy Kolonii, a może nawet Berlina.

Idę dalej: czy Berlin, stolica na skraju bankructwa, a może nawet już zbankrutowana, jest ubezpieczona od zniszczeń powstałych w wyniku inscenizacji historycznej? Może to jest sposób na uniknięcie plajty?

PS Oburzonym przypominam: ironia, słowo-klucz. Co nie zmienia faktu, że inscenizacji nie trawię. 

wtorek, 10 lipca 2012

Dzieło sztuki

Dzieło sztuki ma dwa wymiary: czas i wartość artystyczną. Pierwszy można mierzyć w minutach lub wiekach - da się go w miarę precyzyjnie określić (nawet jeśli zostanie podany nieprecyzyjnie, np. pierwsza połowa II wieku p.n.e.). Drugiego nie da się ująć w sztywne ramy wartościowania, a nawet określić dość luźno: słabe, dobre, wybitne.

Inaczej nie można oceniać dzieła sztuki; hipopotam z Egiptu, pochodzący z okresu wczesnodynastycznego, wykonany dziś miałby artystyczną wartość pamiątki z obwoźnego sklepiku na bazarze w Kairze (podobnie jak jego bracia, skarabeusze, najpowszechniejsze robactwo na tym bazarze). Jego prawdziwą wartość nadaje mu czas: datuje się go na 3100-2649 p.n.e. (MET Museum) lub 3100-2686 p.n.e. (polska Wikipedia). Każdy rok kosztuje... nie wiem, ile. Nie chcę wiedzieć. Wolę myśleć, że ten hipopotam jest bezcenny.


Każdy przedmiot, każde dzieło sztuki, pochodzące z odległej przeszłości pokazuje mi jasno, kim jestem i skąd się wywodzę. Jestem Człowiekiem. Artystą. Twórcą. Moje korzenie tkwią w sztuce.


Zdjęcie pochodzi z profilu MET Museum na Facebooku. 

wtorek, 3 lipca 2012

Encyklopedia Glogera

Jedna z najulubieńszych lektur dzieciństwa. Każdorazowo zdziwienie, że taki druk, taki krój pisma, taki papier. Pytanie, ciągle ponawiane: "Tato, co to znaczy reprint?". Z dumą mama podkreślała: "U nas nie ma komunistycznej encyklopedii PWN; u nas korzysta się z Glogera".
Jakie to odległe czasy. Dziś cały "Gloger", jak się o nim mówiło w domu, jest w internecie, nawet z rycinami.

Pełna fantastycznych opisów rzeczy, o których nie wiemy nic, nie rozumiemy, do czego są i tylko pobudzają wyobraźnię.

Kto żołnierza w ciąży niema, sam sie zwojuje bez wojny.
Nasięźrzał odsyła do roślin miłośniczych i od razu robi się sentymentalnie i romantycznie...  Czytamy tam*:
"Oj! dolaż moja, dola!" Tak biada dziś, w ludowej pieśni, opuszczona przez kochanka dziewczyna. Tak biada dziś i biadała podobnie przed wiekami, bo rzecz jest ogólnie ludzka. Jak odzyskać wzajemność ukochanej osoby? Czyż na miłość niema lekarstwa? Rozsądek i psychologia mówią, że niema. Ale od czegóż magja?
* Pierwszy link odsyła do wersji bez skanów, tekstowej, drugi - do wersji, w której można oglądać skany poszczególnych stron Encyklopedii staropolskiej Z. Glogera. 

środa, 20 czerwca 2012

Dotknięcie ręki neandertalczyka


Zadumałam się. Sublimacja. Dotknięcie ręki neandertalczyka. Ręka to przecież jeden z najważniejszych elementów w kontaktach międzyludzkich. Jeśli mogę niemal dotknąć ręki neandertalczyka, to jestem najbliżej niego jak tylko można. Mimo wieków. Magia źródła wytworzonego ręką. Ręką ludzką? 

środa, 30 maja 2012

Śniadanie bez social media

Nocne doniesienie o tym, że prezydent Obama powiedział „Polish death camp” oraz pokazujący rasizm i przemoc w Polsce na stadionach film dokumentalny BBC sprawiły, że przy śniadaniu zajęliśmy się rozmową ze sobą, a nie mediami społecznymi.



The Stadiums of Hate można obejrzeć na stronie BBC (do której odsyłam) jeszcze przez 12 miesięcy, czyli do maja 2013 roku.