Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeszłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeszłość. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 września 2023

A gdzie pani mieszka?

 – A gdzie pani mieszka? Może miejsce powoduje chorobę? – pyta lekarka, pogłębiając wywiad. 

– Poza centrum, ale prawie całe życie mieszkałam na Kazimierzu, a wie pani, tam wilgoć, kamienie, ciasne, wybetonowane podwórka, samochody, nie to, co teraz, zieleń wokół, widok na park… 

– Ja to samo – przerywa – wychowałam się na rogu Alei, za dużo samochodów, za mało zieleni. Teraz mam zieleń, ale nie mam sąsiadów, bo trudno o sąsiadów, jak się mieszka na odludziu. Wie pani – śmieje się – tak teraz te mieszkania budują, że wchodzi się z klatki schodowej prosto do kuchni. Kupiliśmy więc dom, jak na Alejach kamienicznik podniósł czynsz. Nie robił remontów do tego, musieliśmy się wyprowadzić.

– Moi rodzice też się wyprowadzili z Kazimierza – komentuje pacjentka ze zrozumieniem w głosie – te same problemy, a przecież moja mama w tym mieszkaniu się urodziła. 

– Moja mama we Lwowie – lekarka dorzuca, kiwając głową. 


Kilkadziesiąt sekund rozmowy, może minuta, a dotknęły nie tylko większości problemów przeszłości polskiej ostatnich ponad stu lat, ale także tych, które gnębią nasze społeczeństwo dzisiaj. 

Na pytanie „Gdzie pani mieszka?” powinno się w naszym kraju odpowiadać „w przeszłości”. 



czwartek, 13 lipca 2023

Dominanta septymowa

Pamiętajcie, byście po skończeniu tej szkoły potrafili wytłumaczyć zapijaczonemu żulowi na przystanku tramwajowym o piątej rano, czym jest dominanta septymowa –
– powtarzał, grożąc palcem w powietrzu Zbigniew C., kierujący szkolnym chórem w mojej podstawówce. Niekiedy dodawał:
Macie mydliny w żyłach zamiast krwi, śpiewacie bez życia!
Wychodziliśmy z chóru, czasem śmiejąc się z jego powiedzeń, częściej bojąc się, że znowu wyrwie komuś nuty z ręki i wyrzuci z próby, a może nawet z chóru za to, że wziął oddech w złym momencie. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to są zachowania przemocowe, które zostaną ze mną na całe życie. Wtedy też nie przyszło mi do głowy, że mimo wszystko właśnie to zdanie o dominancie septymowej także zostanie ze mną na całe życie. 

O dominancie septymowej można powiedzieć tyle, ile Wikipedia: 

Składa się z interwałów (od najniższego dźwięku): tercji wielkiej (3w), tercji małej (3m) i tercji małej (3m), czyli jest to trójdźwięk durowy z dodaną do niego kolejną tercją małą (lub septymą małą, licząc od podstawy akordu).

Albo można do tego podejść zupełnie inaczej: 

Dominanta septymowa powstaje wtedy, gdy do współbrzmienia trzech dobrze zgranych, o wesołym przekazie dźwięków, nieco zwyczajnych i ogranych, dodamy czwarty, pochodzący jakby z innego świata, lekko psujący radość, wprowadzający niepewność, zachęcający do przeżycia czegoś więcej, odkrycia czegoś nowego, pójścia tam, gdzie jeszcze nas nie było.

Dominanta septymowa poszukuje rozwiązania – jeśli go nie zapewnimy, pozostaniemy w zawieszeniu, gdzieś pomiędzy pierwszym dźwiękiem a tym, co jeszcze nie nadeszło. Być może to właśnie jest ten moment, którego tak wielu z nas szuka, ta chwila, gdy już widzimy tego króliczka, którego gonimy, ale jeszcze go nie złowiliśmy. Przecież nie o to chodzi, by złowić zajączka, ale by gonić go, gonić go, gonić... 

Można inaczej? Można. Choć moje koleżanki i koledzy z chóru, którzy wybrali karierę związaną z muzyką, mimo traumy zapewnionej przez naszego chórmistrza, wzruszą ramionami i powiedzą: to nie jest opis dominanty septymowej, to jest... To jest doświadczenie, które daje dominanta septymowa, którego nie trzeba przeżywać, wystarczy je opisać. 

To samo przeżywam czasem w mojej codziennej pracy. Rozmaite tematy IT są niekiedy trudne do przekazania laikowi, czyli mnie – humanistce. W drugą stronę – gdy już w końcu zrozumiem, o co chodzi w trudnych konfiguracjach systemowych, muszę to przetłumaczyć biznesowi. Innymi słowy wyrazić te konfiguracje w konkretnych wartościach – 5000 euro, 10 000 dolarów, 500 000 złotych... 

Takie to nasze życie: zaczynamy się ścigać z AI, kto szybciej i lepiej odpowie na pytania, ale tłumaczenie między językami różnych branż ciągle jeszcze jest domeną człowieka. Podobnie jak zachowania przemocowe, niestety. 




 


środa, 31 sierpnia 2016

Jak własną kieszeń, jak własną

Znam dyskografię Noir Désir jak własną kieszeń. Nie. Znam dyskografię Noir Désir jak trasę Kraków–Łódź, Kraków–Warszawa i jeszcze parę innych tras. Na pamięć. Tu kawa, tam siku, tu „do”, tam „z powrotem”. Przejechałam całą Polskę tam i z powrotem, słuchając jednej płyty. Jednej. Jednej, na której zmieściło się trzy czwarte dorobku płytowego tego zespołu w postaci mocno skompresowanych empetrójek. Ktoś powie, jak mogłaś? A ja powiem, że nie tylko mogłam, ale wręcz nie mogłam inaczej. Puszczałam jakąkolwiek inną muzykę i zawstydzona po paru kilometrach wracałam do Noir Désir.

Fela, moja szmaragdowa Fela, której zabójstwo (eutanazja...) zleciłam niemal rok temu, miała w sobie tyle elektroniki, ile w nią włożyłam – radio z CD. Na tym sprzęcie nie dało się słuchać chyba nic. Głośniki – rzęziły. Radio charczało, usiłując złapać oddech, wróć – zasięg. Fela przy setce na godzinę zaczynała wyć, przy przepisowych 140 ryczała jak czterdziestki i pięćdziesiątki naraz. Fela, cud technologii czechosłowackiej, czyli Škoda Felicja, rocznik 1999, najlepszy. Cuda robiłyśmy razem, na wysokich obrotach, na maksie silnika, na maksymalnej dozwolonej prędkości. Fela, ja i Bertrand.

Fela mnie kilka razy zawiodła: a to regulator napięcia (trzydzieści parę złotych za część vs. zylion za konsultacje pana mechanika), a to uszczelka pod głowicą (objawy były nietypowe, ale jaka pani, takie auto – niestandardowo obie przechodzą choroby). Akumulator, pęknięta opona. Name it – byłyśmy tam z Felą. Bertrand też mnie zawiódł. Po wyjściu z pierdla nagrał piękny teaser z Noir Désir, a potem grupa się rozwiązała.

Wszystko dobre, co się kończy. Fela związana jest dla mnie nierozerwalnie z Noir Désir; dzięki odejściu Feli, zaakceptowałam także koniec istnienia zespołu.

Wszystko dobre, co się kończy. Dobre to, co się dobrze kończy. Kończy się nawet to, co dobre. Głodnych nakarmić, spragnionych napoić, odchodzącym pozwolić odejść. Adieu!

niedziela, 22 lutego 2015

Gdy ulicami chodzę... (Kazimierz)

Gdy ulicami chodzę, spaceruję z umarłymi i spaceruję z tymi, którzy jeszcze żyją. I z tymi, których obecność ciągle namacalna, choć dawno ich tu nie ma. Dotykam duchów i gonię za cieniami.

Cień babci I, Cafe Baroque/sklep spożywczy, Plac Nowy 8
Wchodzę i proszę pięć deko drożdży do ciasta. Zza wysokiej lady wygląda sprzedawczyni. Nie patrzę na nią, ale wiem, że ma biały czepek i sznurowane sklepowe buty bez palców i bez pięt. Pyta: „Na pewno pięć deka? Nie pięć piw?” i mówi, że się wygłupiam. Nie patrzę na nią i się nie wygłupiam. Wychodzę. Obok stoi całodobowa grupka amatorów wódki i zakąsek.

Cień babci II, Regionalne Alkohole/sklep spożywczy/żydowski sklepik, ul. Miodowa 28a
To ostatni ratunek, ostatni sklep spożywczy przed domem. Chcę drożdże, a tu szwarcmydło i powidło, dziada z babą brakuje, aksamit na stole i lichtarz na aksamicie, wosk kapie ze świeczek. Za ladą Żyd zapatrzony w światło świecy, żadnych drożdży. „Babciu, dokąd mnie wysłałaś?”– myślę z paniką i wychodzę na palcach, by mnie nie dostrzegł. Pod sklepem kłócę się z kierowcą meleksa, czekającym na zmęczonych turystów.

Wracam do domu, a to przecież już nie dom. Można mieszkać siedemdziesiąt lat w jednym domu, a potem mieszkać gdzie indziej, bo już nie w domu się mieszka. I babci nie ma, drożdży, nie będzie ciasta, a restauracja węgierska za rogiem już zamknięta.

Gdy ulicami Kazimierza chodzę, gonię cienie i dotykam duchów. Tłum tu większy, bo przeciskać trzeba się między przedwojennymi mieszkańcami i tymi niemodnymi mieszkańcami, którzy opuścili zbyt modną dzielnicę. Mieszkam na Kazimierzu: mam sąsiadów na zamkniętych osiedlach przy granicach Krakowa i mam sąsiadów na żydowskich cmentarzach.

Próbuję na Kazimierzu utrzymać moje metry kwadratowe. Próbuję zmieścić się tam, gdzie najtłoczniej.


środa, 28 stycznia 2015

I don't like...

Jesteśmy w podobnym wieku, rozmawiamy po angielsku. Niedawno skończyłam pogawędkę z jego dziadkiem. Po polsku. Dziadek, choć nie pochodzi z samego Krakowa, ma silny krakowski akcent, z przeciąganymi samogłoskami w ostatnich sylabach. Zupełnie taki, jaki miała moja babcia.

– I don't like Poles. Nie lubię Polaków – nalewa mi rubinowe wino z karafki, już niemal pustej. Półlitrowa, druga, zastanawiam się, czy mam gotówkę na trzecią – bar nie przyjmuje płatności kartą, a mój towarzysz nie ma złotówek. Gdy mi to wyznał, zaśmiałam się i po europejsku zapytałam, czy ma euro, a on na to, że tylko szekle i drobne dolary.
– If you don't like Poles, you don't like me. Jeśli nie lubisz Polaków, to mnie nie lubisz.
– I like you. Lubię cię. You are just like one of us. Jesteś jak jedna z nas. – wino czerwone jak morze nas łączy. I ironia, która – jak mi wyznaje – pozwoliła Żydom przetrwać zburzenie świątyni, średniowieczne getta, pozwoliła im przeżyć holokaust. Z ironią komentuję w myślach, że nie mogę powiedzieć „I don't like Jews.”.

fot. N. Bryl
Dlaczego wcześniej nie przyjechał do Polski? Nigdy dotychczas nie był poza Izraelem. Płacę za trzecią karafkę i mówię, że choć mam ochotę na czwartą, to już nie mam pieniędzy; muszę wypłacić z konta. Chodźmy.

Koniec nocy, pijani rabinowym, tfu, rubinowym winem, stukamy obcasami, jak oficerowie, po bruku Szerokiej w jej najwęższym odcinku. Opieram się o mur cmentarza. On staje obok mnie.

W romantycznym filmie stanąłby obok mnie i pocałował. Tym pocałunkiem zamknęlibyśmy usta antysemitom i nienawidzącym Polaków. A potem żylibyśmy długo i nieszczęśliwie, on nad Morzem Czerwonym, ja nad czerwonym winem.

W horrorze on stanąłby obok mnie i zasłonił sobą, broniąc przed oddziałem zombich. Wyrośliby z każdego kociego łba ulicy Szerokiej, bo na tej ulicy każdy kamień jest kamieniem nagrobnym.

W dramacie stanąłby obok mnie, a ja zasłoniłabym go sobą i razem zginęlibyśmy od kuli niemieckiego żołnierza, który w środku nocy nas przypadkowo przyłapał na nieczystej rasowo schadzce.

To jednak była komedia i tej nocy lekko pijany polsko-izraelski tandem usiłował wdrapać się na mur cmentarny, by jeszcze przed świtem zapalić znicz na grobie rabina Isserlesa.

Historia bardzo luźno oparta na wydarzeniach. 

niedziela, 8 grudnia 2013

Ostatnie rozdanie

Stary notes w roli magdalenki uruchamiającej pamięć, lecz nie po to, by odzyskać utracony czas, lecz by dowiedzieć się, czy jeszcze coś zostało do zdecydowania.

Nie otrząsnęłam się w pełni po tej książce. To znaczy, że Wiesław Myśliwski dotknął tego, co skryte. 

poniedziałek, 11 listopada 2013

Pojechałabym do Leningradu... (Kazachstan)

– Pojechałabym do Leningradu – wzdycha Ludmiła. Do Moskwy jeździ regularnie, na zebrania. Do Sankt Petersburga nigdy.

Nie wiem, co mam jej na to powiedzieć; w 2006 roku trudno jest pojechać do Leningradu. Od lat nie ma tego miasta w rozkładzie linii kolejowych, łączących najodleglejsze punkty Azji i Europy. Na dworcu w Ałmaty nie kupi się biletu do Leningradu za żadne pieniądze. Brak tego kierunku pośród nawet tych najmniej popularnych. Żadne – ani marne rosyjskie, ani luksusowe kazachskie linie lotnicze – nie przeniosą Ludmiły w czasie.

Ludmiła była komsomołką. Obawiała się publicznie nosić koszulkę z napisem „I love you”. Zapinała więc sweter szczelnie pod szyją i tylko w domu go rozpinała, gdy oglądała kolorowe, prosto z Zachodu przywiezione pisma. Studiowała w Moskwie w latach siedemdziesiątych. Był to dla niej najpiękniejszy okres życia, choć zbyt rzadko jeździła do Leningradu.

Nic później nie dorównało tym czasom. Byli przyjaciele, były tanie książki, był Związek Radziecki i był Leningrad. Ludmiła była młoda i zdrowa. Całymi nocami czytała zakazane powieści Bułhakowa (zniża głos, gdy mi o tym opowiada).

– Dlaczego władza zabraniała tych książek? Dlaczego nie wolno było słuchać Wysockiego? – wzdycha znowu. Po chwili wraca do rzeczywistości. Jesteśmy w Ałmaty, jest 2006 rok, Ludmiła uczy mnie rosyjskiego. Rzeczywistość trwa krótką chwilę.

– Co takiemu wielkiemu krajowi mogło zrobić SŁOWO? – nie umiem odpowiedzieć Ludmile na to pytanie, ani po polsku, ani tym bardziej po rosyjsku. Kończymy konwersację na dzisiaj.

Następnym razem jestem lepiej przygotowana. Pierwsza atakuję.

– Ludmiło Wasiliewno, słowo... – przerywa mi, wręczając gruby tom oprawiony w zielone sukno. Na grzbiecie dostrzegam złocone litery, nieco wyblakłe. Przekrzywiam głowę i sylabizuję z trudem: „Do-sto..”. Dostojewski.

– Jesteś pierwszą Polką, którą polubiłam – wyznaje Ludmiła, a te słowa, zamiast mnie zdenerwować, wywołują łzy w oczach. Ona ma prawie sześćdziesiąt lat, osiemnastoletniego syna, bezrobotnego męża-robotnika i raka tarczycy, jak wielu mieszkańców Ałmaty. Zna biegle cztery języki i studiowała w Moskwie. Polskiego uczyła się razem z innymi studentami, rosyjską inteligencją, bo tylko po polsku były dostępne tłumaczenia wielkiej literatury światowej. Lecz do dzisiaj wiedzę o Polakach czerpie z Dostojewskiego.

Kilka lekcji później wyznaje, że jej dziadek był Polakiem.
– Ale o tym nie wolno było mówić – szybko dodaje i gładko przechodzi na inne tematy. Poprawia suwak swetra, czy jest szczelnie zapięty pod samą brodę, kryjąc bliznę po niedawnej operacji. Dyskutujemy o Stanisławie Lemie, czytając artykuły z rosyjskiej prasy drukowane tuż po jego śmierci. Upewniam się, że każdy Rosjanin ma Polaka w rodzinie.

Po kilkunastu lekcjach wiemy, że to nie moje słabe tylnojęzykowe „ł” spędza nam sen z oczu. Przy niewielkim stoliku w kuchni rozwiązujemy, Ludmiła i ja, problemy polsko-rosyjskie, choć obie dobrze wiemy, że to zadanie niewykonalne. Zupełnie jak nie do spełnienia jest marzenie Ludmiły o wyjeździe do Leningradu.

Post scriptum
Dzięki pomocy niemieckich przyjaciół Ludmiła była leczona w 2007 roku w Niemczech. Dostałam od niej stamtąd list. Pisała, jaki to paradoks naszych czasów, że Rosjanka z kazachskim paszportem, leczona w Niemczech, czyta w klinice książki po polsku. 

sobota, 21 września 2013

Wspomnienia (Krzysztof Kieślowski)

Siedziałam na widowni, gdy w Filharmonii Krakowskiej kręcono sceny do filmu „Podwójne życie Weroniki”. Nie czułam wtedy, że warto tam pójść, odwiedzić mamę, udającą, że gra – muzykę nagrała inna orkiestra, krakowscy filharmonicy tylko machali rękoma i trzymali instrumenty. Tak samo Irène Jacob otwierała usta, a wychodził z nich głos Elżbiety Towarnickiej.

Wtedy tego nie czułam. Teraz się cieszę, rozpamiętując te chwile, gdy pokonałam lęk piętnastolatki przed Wielkim Reżyserem, a jeszcze bardziej strach przed tym, że nie wolno mu przeszkadzać.

czwartek, 5 września 2013

Starość

– Starość jest wtedy – powiedział, gdy nie można obciąć paznokci bez okularów na blisko.
– Starość jest wtedy – odparła – gdy wszystko wokół denerwuje. To znaczy, że już nie jest się elastycznym.

sobota, 24 sierpnia 2013

Rzeczy

Do pewnej chwili w życiu rzeczy są ważne. Potem, chyba nagle, przestają mieć znaczenie. Przeglądając zdjęcia z wyjazdu studenckiego sprzed piętnastu lat, przypomniałam sobie, jak istotne było ich zdobycie, zrobionych przez kolegę z największym aparatem, a może największymi ambicjami fotograficznymi. Nic dla mnie teraz nie znaczą. Za chwilę pójdą na śmietnik.

Dziś z domu wyszła kolejna torba ubrań. Lubię, gdy ubrania wstępują w nowe życie, na kimś kolejnym. Dla niektórych ciuchów to już trzecie życie, a może nawet czwarte. Mają historię, niosą ze sobą emocje. Dla mnie już nic nie znaczą, wolę, by nowe znaczenie nadał im ktoś inny.

Do pewnej chwili w życiu rzeczy są ważne i się je zdobywa. Potem trzeba znaleźć godne ręce, by je w nie przekazać. Inaczej, jak te zdjęcia, trafią do śmieci. 

niedziela, 2 czerwca 2013

Leon Leyson - wspomnienia Ocalonego przez Schindlera

Czytam, że w sierpniu ukażą się wspomnienia Leona Leysona, najmłodszego z Żydów uratowanych przez Oskara Schindlera – a już porównuje się je do pamiętników Anny Frank.

Miałam okazję poznać go osobiście przy otwarciu muzeum w fabryce Schindlera w Krakowie. Kierowałam tym otwarciem i wielkim zaszczytem – największym, jaki mógł mnie spotkać – było organizowanie przyjazdu Ocalonych przez Schindlera do Krakowa. Leon Leyson przyjechał z żoną. Sprawiał wrażenie niezwykle kruchego człowieka. Jednak gdy zaczynał snuć opowieści – najrozmaitsze – patrzyłam na niego, jak na szkolnego kolegę, spotkanego po kilku latach utraconego kontaktu. Dobrze zapamiętałam jego przenikliwe, szalenie dobre oczy. To cecha wspólna wszystkich Ocalonych przez Schindlera, których spotkałam: dobro w oczach; w niektórych jeszcze figlarne błyski i chęć żartowania.

Będę starała się przeczytać książkę pana Leona. Nie potrafię jednak uwierzyć, że jego wspomnienia mogą przypominać dzienniki Anny Frank. Jej zapiski powstawały na bieżąco, gdy była dzieckiem; on spisuje post factum, od wydarzeń z czasów wojny dzieli go niemal 70 lat i sto udzielonych na ten temat wywiadów. Nie odbieram mu autentyczności (choć u jednego z Ocalonych, swoistej „Gwiazdy” Schindlera, widziałam już zautomatyzowanie opowieści – nie odpowiadał na pytania, lecz skandował wyuczony tekst Ocalonego), lecz podchodzę ostrożnie, zarazem z dużą nadzieją. 

niedziela, 7 kwietnia 2013

Gdzie są niegdysiejsze...?

„Gdzie są chłopcy z tamtych lat?” – pytała Marlena Dietrich. Bertold Brecht, śladem François Villona, pyta, gdzie są wczorajsze łzy i niegdysiejsze śniegi.


Wo sind die Tränen von gestern abend? 
Wo ist der Schnee vom vergangenen Jahr?


poniedziałek, 25 marca 2013

Manas (wspomnienie z Kirgizji)

Kirgizów jest około 3,5 mln. Epos Manas liczy około 500 tys. wersów. W takim razie na przeciętnego Kirgiza przypada około 7 wersów eposu. Większość zna ich więcej, ale tylko nieliczni zyskują miano Manasczy – tego, który został „dotknięty przez Manasa”, przez niego „powołany” do recytowania całego eposu.



Manasczy cieszą się w Kirgizji sławą większą niż zachodnie gwiazdy pop. Bez Manasczy nie odbędzie się żadna mniejsza czy większa impreza; lokalny Manasczy przyjdzie nawet na imieniny cioci Aidy i wyśpiewa odpowiednio wybrany fragment poematu. Specjalne spotkania z najwyżej cenionymi Manasczy organizują muzea kirgizkie, co nie znaczy, że to sztuka już martwa, chroniona przed zaniknięciem. Przeciwnie, w ciągu ostatnich dwudziestu lat w Kirgizji pojawiło się wielu nowych Manasczy. Wcześniejszy upadek można wiązać z tym, że władze radzieckie nieprzychylnie patrzyły na ten poemat. Manas w czasach istnienia ZSRR był zakazany w Kirgizji i funkcjonował jedynie w sferze prywatnej.

Źródło: neijls, Creative Commons.

Epos traktuje o walce Kirgizów o wolność. Manas, tytułowy bohater, zgodnie z przekazem w IX wieku zjednoczył wieku kirgizkie klany przeciwko Ujgurom (w przybliżeniu – Chińczykom). Dzisiaj także Kirgizi muszą stawić czoła temu wyzwaniu, nie tylko potwierdzając każdym wersem Manasa swoją tożsamość, ale i konsolidując nadszarpnięte przez komunizm więzy rodzinne czy klanowe oraz broniąc się przez agresywną nową kulturą.

Po co w ogóle to wszystko piszę? Tylko dlatego, że czasem denerwuję się, że wszyscy muszą jechać do Wietnamu, Kambodży lub zachwycają się Mahabharatą, tymczasem takie cuda w Kirgizji są do odkrycia...

sobota, 23 marca 2013

Depesze

Dochodzę do wniosku, że wydali ten album z materiału przygotowanego, gdy byłam na końcu podstawówki i na początku liceum. Odkopali stare, odrzucone wtedy kawałki. Po co...?

piątek, 8 marca 2013

Łzą spłynę, gdy deszcz zastuka

Piękną muzykę znalazła Ania na G+.



Słucham, stukam, płaczę. Dwadzieścia minut po północy obudziła mnie rocznica. 

sobota, 2 marca 2013

Polio (Philip Roth, „Nemesis”)

That box from which you cannot force your way-out. That box in which a twelve-year-old was twelve years old forever. (s. 63)
In the driver's seat was a chunky little man in a dark suit whose nose was broken like his grandfather's and maybe for the same reason: anti-Semitism. (s. 68)
There the hot pack treatment continued, along with painful stretching of the contracted muscles of his arms and legs and of his back - which the paralysis had twisted – in order to „reeducate” them. (s. 239)
Wspaniała konstrukcja książki. Zwroty akcji zaskakujące, napięcie rosnące do kulminacji, a potem utrzymujące się na wysokim poziomie. Indywidualna historia winy i wiary wpleciona w dramat społeczności, doświadczanej przez tysiąclecia.

Polio, zatem, jako uzupełnienie antysemityzmu? Kolejna plaga egipska, tym razem zwrócona przeciwko Żydom z Newark?

Myślę o książce i, zarazem, czuję ból rozciąganych mięśni, strach przed punkcją, izolację, bezsilność. Paraliż to takie nieustępujące zdrętwienie, tylko nie czuje się ścierpniętych części ciała. Wpatruję się w kolano, czy drgnie, stuknięte młoteczkiem trzymanym przez cierpliwą dłoń lekarza.
Drgnęło. Lewe. Prawe jakiś czas później. Do dziś odczuwam jego słabość.

Do dziś też powraca ten sen, w którym nie mogę się poruszyć, świat cały pokruszony na kawałki, elementy, odłamki, spada na mnie. Nagle znika, jestem w pustce. Nie wiem, na czym stoję, nie wiem nawet, czy stoję. Lecz nie jestem w stanie ruszyć choć palcem. Jestem sparaliżowana. We snach do dzisiaj mam polio.

Dlatego tak bałam się tę książkę przeczytać i dlatego, skończywszy ją w środku nocy, boję się zasnąć.


Philip Roth, Nemesis, Vintage Books: London 2011.

niedziela, 24 lutego 2013

„Najbliżej Ameryki położony skrawek Francji...”


Point du Raz. Zawsze tak określany.

http://en.wikipedia.org/wiki/File:Bretagne_Finistere_PointeduRaz15119.jpg
Bretania. Sprawia, że nie trzeba mówić. 
Tylko słuchać, tańczyć, czuć.  

sobota, 9 lutego 2013

Prze...

Przeszłość odeszła. Jakby jej nigdy nie było. Jest tylko teraźniejszość. Życie dzisiejsze.
Szczęście.

czwartek, 24 stycznia 2013

Pokolenie (Harry Potter)

Zapomniałam, że dorosło już pokolenie Harry'ego Pottera. Dobrze „czarować”, dobrze być innym, niezakorzenionym w rzeczywistości, oderwanym od czasu. Jednak innym w odmienny sposób niż my byliśmy inni.
Dopiero z nimi nie czuję więzi; dopiero z nimi nie potrafię nawiązać kontaktu. Są ode mnie młodsi o 15–18 lat. Chyba jestem dorosła.