czwartek, 10 sierpnia 2023

Langsam aber sicher (oddychaj)

Langsam aber sicher to nie jest dokładnie to samo, co spiesz się powoli, ale sens niesie ten sam. Rób powoli, jeśli chcesz, żeby wyszło. Jeszcze inaczej wyrażał to mój profesor od fletu: jak zagrasz powoli, to zagrasz też szybko. Często zabraniał mi grać szybko, nawet jeśli to „szybko” oznaczało „w prawidłowym tempie”. Chodziło o to, by dany fragment (albo nawet cały utwór lub jego część) wyćwiczyć do tego stopnia powoli, by potem nie zauważyć zmiany tempa na szybsze. 

Chyba znajomość języków i polskich powiedzeń kuleje, bo mało kto dzisiaj się spieszy powoli, by wykonać coś porządnie.
Przeciwnie, na każdym kroku widzę, jak wszystko ma być szybko, natychmiast, na przedwczoraj... Nie ma czasu na zastanowienie, przemyślenie podejścia, nie ma czasu na oddech – tak ważny także dla mojego profesora od fletu. 

Zanim zaczniesz utwór, zanim ten pierwszy dźwięk zabrzmi, weź oddech – tak też mówił. Nie wiedziałam, o co mu chodzi, bo przecież na flecie, żeby wydobyć dźwięk, trzeba nabrać oddech. Naaaaabrać oddech. Dosłownie, wcisnąć tyle powietrza, ile tylko się da, w płuca, maksymalnie rozszerzyć żebra, oprzeć na przeponie, przygotować słup powietrza tak, by dać instrumentowi dokładnie tyle, ile trzeba, żeby ten dźwięk zabrzmiał, żeby zabrzmiał tak, jak ma brzmieć. Dopiero teraz, po latach, rozumiem, co miał na myśli – i wcale nie w odniesieniu do gry. 

Image by fanjianhua on Freepik

Zanim zaczniesz coś robić – weź oddech. Powoli, powoli, lecz z pewnością. Nawet jeśli powoli, to z gwarancją powodzenia, bo zastanawiasz się nad tym, co robisz. Spiesz się powoli. 

Jeżdżę szybko, lecz ostrożnie kłóci się z langsam aber sicher. Wolę jednak powoli.



czwartek, 3 sierpnia 2023

Ślimaki i życie

Można się ślizgać po wspomnieniach, można się ślizgać po ulicy Floriańskiej. Można się też ślizgać po ślimakach, których mnóstwo wypełzło na chodniki. 


Te gołe, bezskorupkowe ślimaki, mają dwie komórki nerwowe mózgu. Człowiek, dla porównania, ma jakieś sto miliardów takich komórek. W gąszczu naszych neuronów giną czasem informacje, które są istotą pracy mózgu ślimaka. Pierwsza z jego komórek daje znać, że jest głodny; druga zawiadamia, że pożywienie jest dostępne lub nie. Jeśli nie jest dostępne, pierwsza się wyłącza, żeby oszczędzać energię. 

Gdybyśmy tylko mogli skupiać się na tak ważnym zagadnieniu, zamiast popełniać różne życiowe głupoty! Gdybyśmy tylko mogli oszczędzać energię i przeć uporczywie do przodu, wyłączywszy ileś neuronów... Gdybyśmy tak umieli, moglibyśmy prześlizgiwać się przez życie jak ślimaki. „Jesteś głodna!” – krzyczy jedna z moich komórek nerwowych. „If no food, turn off system” – reaguje druga. I ślizgamy się dalej, do przodu, do przodu, na chodniku pozbawionym trawy, nie marnujemy czasu na żadne dystrakcje, robimy swoje. Tu odrobina śluzu, tam przejście przez dżdżownicę, jeszcze gdzie indziej, oj, nieszczęście, ktoś wdepnął w ślimaka. System down. 

Badania nad tymi dwiema komórkami wspierają rozwój robotyki: jak zoptymalizować działanie, by przy najmniejszej liczbie elementów nadal funkcjonować. Mimo naszych stu miliardów neuronów odnoszę wrażenie, że większość ludzi używa nie więcej niż dwóch, ale nikt nie zoptymalizował ich działania, niestety. 

Żaden ślimak nie ucierpiał przy powstawaniu tego tekstu. Wszystkie ślimaki albo spokojnie przeszły na drugą stronę chodnika, albo zostały rozjechane/rozdeptane wcześniej. Dżdżownica jest cichą bohaterką drugiego planu, tekstu – nie zdjęcia. 

czwartek, 27 lipca 2023

Wybiórcza pamięć (ślizgawka)

Tego samego dnia, prawie trzydzieści lat temu, żegnała się z przyjaciółmi na Rynku. Najkrótszy dzień roku dawno temu się skończył, panował wieczny wieczór. Kierowała się na Dworzec Główny, towarzyszyła jej ostatnia z przyjaciółek. Szły z trudem: w południe, w marnym grudniowym słońcu, padał deszcz. Wieczorem wszystko, co napadało, zamarzło. Ulica Floriańska od początku do końca, od kościoła Mariackiego do Bramy Floriańskiej, była skuta lodem. Ślizgały się, chichocząc, piszcząc i krzycząc z radości. Na ulicy, poza nimi, nie było nikogo, wyjątkowy wieczór w Krakowie. Rozkładała ręce szeroko, jakby chciała objąć nimi coraz bliższą Bramę Floriańską. Przyjaciółka ślizgała się nieco ostrożniej. Obydwie były delikatnie oświetlane przez latarnie, blask rzucany przez nie na zamarzniętą taflę ulicy dodawał nastroju. 

Dobrze pamięta to światło, gładkość lodu, doskonale pamięta to uczucie, które pojawiało się, gdy ze śmiechem sunęła po lodzie, ale nie potrafi przypomnieć sobie, z którą przyjaciółką tak wyjątkowo się bawiły.

czwartek, 20 lipca 2023

Marzenie o piasku

Spała całą noc na tylnym siedzeniu dużego fiata. Przespała chyba tysiąc kilometrów, a może i więcej. Obudziła się sporo po świcie. Przetarła oczy i zobaczyła, że samochód sunie przez pustynię
– Sahara? Naprawdę Sahara?  – zapytała. Dziadek potwierdził, kiwając głową. 
– Chcę dotknąć piasku – mruknęła, a że uparła się, to dziadek w końcu zaparkował samochód na skraju szosy. Skraju, którego nie było właściwie widać, bo piasek wsypywał się na beton. Otworzyła drzwi samochodu, opuściła nogi w plastikowych sandałkach.
– Już? Możemy jechać dalej? – dopytywał dziadek zza kierownicy. Pokręciła przecząco głową, włosy niedbale spięte gumką rozsypały się i zasłoniły oczy. Do tego rozespane ręce długo nie chciały rozpiąć klamerki sandałów. Dziadek lekko zatrąbił. Pospieszyła się, uff, klamerka się odpięła. Opuściła ponownie nogi na piasek i syknęła z bólu.
– Parzy. Piasek pustyni parzy. 
Dziadek i siedzący obok niego tata zaśmiali się.
– A co ty sobie wyobrażałaś
Sama nie wie, co sobie wyobrażała, ale dobrze pamięta, że marzyła o tym, by dotkąć piasku pustyni bosymi stopami i to jej marzenie się spełniło.

Spełniajcie marzenia, nawet jeśli będą was parzyć. 


czwartek, 13 lipca 2023

Dominanta septymowa

Pamiętajcie, byście po skończeniu tej szkoły potrafili wytłumaczyć zapijaczonemu żulowi na przystanku tramwajowym o piątej rano, czym jest dominanta septymowa –
– powtarzał, grożąc palcem w powietrzu Zbigniew C., kierujący szkolnym chórem w mojej podstawówce. Niekiedy dodawał:
Macie mydliny w żyłach zamiast krwi, śpiewacie bez życia!
Wychodziliśmy z chóru, czasem śmiejąc się z jego powiedzeń, częściej bojąc się, że znowu wyrwie komuś nuty z ręki i wyrzuci z próby, a może nawet z chóru za to, że wziął oddech w złym momencie. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to są zachowania przemocowe, które zostaną ze mną na całe życie. Wtedy też nie przyszło mi do głowy, że mimo wszystko właśnie to zdanie o dominancie septymowej także zostanie ze mną na całe życie. 

O dominancie septymowej można powiedzieć tyle, ile Wikipedia

Składa się z interwałów (od najniższego dźwięku): tercji wielkiej (3w), tercji małej (3m) i tercji małej (3m), czyli jest to trójdźwięk durowy z dodaną do niego kolejną tercją małą (lub septymą małą, licząc od podstawy akordu).

Albo można do tego podejść zupełnie inaczej: 

Dominanta septymowa powstaje wtedy, gdy do współbrzmienia trzech dobrze zgranych, o wesołym przekazie dźwięków, nieco zwyczajnych i ogranych, dodamy czwarty, pochodzący jakby z innego świata, lekko psujący radość, wprowadzający niepewność, zachęcający do przeżycia czegoś więcej, odkrycia czegoś nowego, pójścia tam, gdzie jeszcze nas nie było.

Dominanta septymowa poszukuje rozwiązania – jeśli go nie zapewnimy, pozostaniemy w zawieszeniu, gdzieś pomiędzy pierwszym dźwiękiem a tym, co jeszcze nie nadeszło. Być może to właśnie jest ten moment, którego tak wielu z nas szuka, ta chwila, gdy już widzimy tego króliczka, którego gonimy, ale jeszcze go nie złowiliśmy. Przecież nie o to chodzi, by złowić zajączka, ale by gonić go, gonić go, gonić... 

Można inaczej? Można. Choć moje koleżanki i koledzy z chóru, którzy wybrali karierę związaną z muzyką, mimo traumy zapewnionej przez naszego chórmistrza, wzruszą ramionami i powiedzą: to nie jest opis dominanty septymowej, to jest... To jest doświadczenie, które daje dominanta septymowa, którego nie trzeba przeżywać, wystarczy je opisać. 

To samo przeżywam czasem w mojej codziennej pracy. Rozmaite tematy IT są niekiedy trudne do przekazania laikowi, czyli mnie – humanistce. W drugą stronę – gdy już w końcu zrozumiem, o co chodzi w trudnych konfiguracjach systemowych, muszę to przetłumaczyć biznesowi. Innymi słowy wyrazić te konfiguracje w konkretnych wartościach – 5000 euro, 10 000 dolarów, 500 000 złotych... 

Takie to nasze życie: zaczynamy się ścigać z AI, kto szybciej i lepiej odpowie na pytania, ale tłumaczenie między językami różnych branż ciągle jeszcze jest domeną człowieka. Podobnie jak zachowania przemocowe, niestety. 




 


czwartek, 6 lipca 2023

Świat po kontroli bezpieczeństwa

Ciągle się boi, ciągle. Trzęsie się ze strachu, lęka, że coś się stanie. Nie wie, jak sobie z tym poradzić. Oddycha – nic nie daje, zapowietrza się. Spaceruje – w połowie zaplanowanej drogi pojawia się obawa, że z jakiegoś powodu już nie wróci do domu. 

Szuka bezpieczeństwa. Czasem odnajduje je pod kołdrą, gdzie ciężko oddycha z braku dopływu świeżego powietrza. Szuka więc spokoju gdzie indziej i nigdzie nie może znaleźć. Szuka świata, który zapewni brak strachu. 

Najlepszy ze światów to świat po kontroli bezpieczeństwa na lotnisku. To świat, w którym zagrożenie jest zmniejszone do niezauważalnego rozmiaru. Tu jest pewność, że jeśli ktoś ma broń, to niemal w 100% ma ją po to, by obronić zgromadzonych przed złem. Substancje zagrażające życiu i zdrowiu są ograniczone do minimum. Na każdym kroku kamery śledzące ruch wszystkich zgromadzonych tu ludzi. 

Tu największym terrorystą jest turysta na ruchomej taśmie, spieszący się na swój samolot do raju. Tu lęk ogarnia tylko z powodu braku środków na koncie, by kupić gadżet w luksusowym butiku. Jest dużo miejsc siedzących, można usiąść, odetchnąć. Tak, tu właśnie chce żyć. 

Wyobrażenia o bezpieczeństwie zmieniają się, wszechobecne kamery i kontrole bezpieczeństwa zapewniają nam złudne poczucie pewności, że nic nie może się zdarzyć. 

czwartek, 29 czerwca 2023

Życie jako usługa – abonament na życie

W dużym mieście żył sobie spokojnie pewien facet. Gdy rano wychodził do pracy, brał albo samochód, albo hulajnogę na minuty – miał na nie abonament. W drodze słuchał radia, także z abonamentu, albo puszczał muzykę streamowaną z jednego z serwisów muzycznych w abonamencie (miał trzy, najpopularniejsze). Po pracy siadał w domu i czytał abonowane media. Czasem oglądał filmy w różnych serwisach streamingowych, za które także płacił miesięczne abonamenty. Miał nawet takie serwisy filmowe, których oficjalnie w jego kraju nie było, ale abonował dostęp do specjalnego VPN, umożliwiającego mu dostęp do nich. Stwierdziwszy, że prowadzi siedzący tryb życia, zaabonował dostęp do siłowni, trenera osobistego i, na wszelki wypadek, dodatkowo fizjoterapeuty, gdyby coś poszło nie tak.

Część usług opłacał co miesiąc, ale niektóre okazywały się znacznie tańsze, jeśli zapłacił z góry za rok, dwa–trzy lata, a niekiedy nawet za pięć. Na przykład abonament papierowego wydania czołowego miesięcznika amerykańskiego dla intelektualistów wychodził po parę groszy za numer, przy opłacie z góry na właśnie pięć lat. A do tego wysyłka była wtedy za darmo. Za darmo! 

Podpisał umowę na abonament na telefon i internet (dwuletnia umowa, ale opłaty rozłożono na kolejne miesiące). Zlecił dowożenie diety pudełkowej, która najtaniej wychodziła na umowę roczną, ale płatności można było rozłożyć kwartalnie. Kwartalnie też opłacał abonament na gaz i prąd, bo dostawcy także przeszli na system abonamentowy. 

W pracy ryczałtowo pobierano mu co miesiąc zaliczkę na podatki, których roczne rozliczenie zlecił, w abonamencie, księgowej. To ona mu zresztą wyliczyła, że może jeszcze swobodnie w abonamencie wziąć serwis do nauki języków (rocznie, w grupie „rodzinnej”, najtaniej), a od podatków będzie mógł sobie odliczyć abonament na internet. Nie zdecydował się, bo nie miał rodziny. 

Jego życie przypominało bajkę. Wszystko układało się tak pięknie. Miał całe życie w abonamencie i właśnie wtedy stracił pracę. 

Pierwszy miesiąc po zakończeniu okresu wypowiedzenia był jeszcze całkiem fajny, bo większość usług ciągle obowiązywała, 30 dni po wygaśnięciu umowy. Ale nagle 31 tego miesiąca poczuł się gorzej i na swoim smartfonie wybrał aplikację, która dawała mu dostęp do abonowanych usług lekarskich. „Twój abonament wygasł 30. dnia tego miesiąca” – taki komunikat przeczytał. Pech chciał, że ten miesiąc miał 31 dni, nie 30. Poczuł się jeszcze gorzej i pomyślał, że to może ten siedzący tryb życia. Wybrał się na siłownię, gdzie elektroniczna bramka nie przepuściła go na wejściu. Był jak ten kierowca auta tarasującego wyjazd z podziemnego parkingu, bo zapomniał, że opłatę za postój trzeba uregulować na parterze centrum handlowego, a nie trzy poziomy niżej. Przepraszał wszystkich stojących w kolejce, wycofując się z pochyloną głową, mamrocząc coś w rodzaju: „Słabe połączenie internetowe, chyba sieć winna, że nie mogę się zalogować do klubu”. 

Ale nie była to wina żelbetowych ścian, bo naprawdę wykonano je z regipsowu, tylko pomalowano, żeby udawały industralny look. Jego telefon milczał, bo także i abonament na teleusługi się skończył. Nie odczytał już wiadomości od fizjoterapeuty, że będzie mógł się z nim skontaktować po opłaceniu kolejnego okresu rozliczeniowego. 

Siedział w ciemnym i zimnym domu i zastanawiał się, co poszło nie tak. W którymś momencie ewidentnie przestał żyć, skończył się jego abonament na życie. Nie stać go było już na „LaaS” – Life-as-a-Service, życie jako usługę. 

Siedział w domu i zastanawiał się, czy – i w jaki sposób! – odnowić swoje samodzielne życie, standalone life. Na progu piętrzyły się groszowe numery czołowego amerykańskiego miesięcznika dla intelektualistów, ostatnie świadectwo tego, jak żyć na abonamencie.