piątek, 2 września 2016

środa, 31 sierpnia 2016

Jak własną kieszeń, jak własną

Znam dyskografię Noir Désir jak własną kieszeń. Nie. Znam dyskografię Noir Désir jak trasę Kraków–Łódź, Kraków–Warszawa i jeszcze parę innych tras. Na pamięć. Tu kawa, tam siku, tu „do”, tam „z powrotem”. Przejechałam całą Polskę tam i z powrotem, słuchając jednej płyty. Jednej. Jednej, na której zmieściło się trzy czwarte dorobku płytowego tego zespołu w postaci mocno skompresowanych empetrójek. Ktoś powie, jak mogłaś? A ja powiem, że nie tylko mogłam, ale wręcz nie mogłam inaczej. Puszczałam jakąkolwiek inną muzykę i zawstydzona po paru kilometrach wracałam do Noir Désir.

Fela, moja szmaragdowa Fela, której zabójstwo (eutanazja...) zleciłam niemal rok temu, miała w sobie tyle elektroniki, ile w nią włożyłam – radio z CD. Na tym sprzęcie nie dało się słuchać chyba nic. Głośniki – rzęziły. Radio charczało, usiłując złapać oddech, wróć – zasięg. Fela przy setce na godzinę zaczynała wyć, przy przepisowych 140 ryczała jak czterdziestki i pięćdziesiątki naraz. Fela, cud technologii czechosłowackiej, czyli Škoda Felicja, rocznik 1999, najlepszy. Cuda robiłyśmy razem, na wysokich obrotach, na maksie silnika, na maksymalnej dozwolonej prędkości. Fela, ja i Bertrand.

Fela mnie kilka razy zawiodła: a to regulator napięcia (trzydzieści parę złotych za część vs. zylion za konsultacje pana mechanika), a to uszczelka pod głowicą (objawy były nietypowe, ale jaka pani, takie auto – niestandardowo obie przechodzą choroby). Akumulator, pęknięta opona. Name it – byłyśmy tam z Felą. Bertrand też mnie zawiódł. Po wyjściu z pierdla nagrał piękny teaser z Noir Désir, a potem grupa się rozwiązała.

Wszystko dobre, co się kończy. Fela związana jest dla mnie nierozerwalnie z Noir Désir; dzięki odejściu Feli, zaakceptowałam także koniec istnienia zespołu.

Wszystko dobre, co się kończy. Dobre to, co się dobrze kończy. Kończy się nawet to, co dobre. Głodnych nakarmić, spragnionych napoić, odchodzącym pozwolić odejść. Adieu!

środa, 10 sierpnia 2016

Pogrzebów się nie planuje


Kiedyś najważniejszy był kalendarz. W nim notatki z każdego dnia – krótkie, parę słów, nawet nie zdanie, nawet nie równoważnik zdania. Wyrwane z kontekstu słowa, które dwadzieścia lat później już nic nie znaczą.
Niemiecki był nudny, z fizyki uciekłam. Nienawidzę fizyczki. 
Miały wartość w dniu, gdy je zapisano. Może zyskają znaczenie za kolejnych dwadzieścia lat. Może wtedy już nic nie będzie miało znaczenia?
Źle się czułam. Siedziałam długo w parku (Proust), potem lody na Starowiślnej. Kolejka. Nikogo nie obchodzę.
Dzisiaj kalendarz jest wirtualny i życie coraz bardziej staje się wirtualne. I ludzie są wirtualni. Prawie „są”, czasem naprawdę, a niekiedy już ich nie ma. Planujesz coś i wyobrażasz sobie, że tak będzie, a potem już nie wiesz, czy naprawdę było. Twoja wyobraźnia też jest wirtualnym światem.
Nie umiem na niczym się skupić. Wszystko mi ucieka i nie wiem, gdzie się podziewa.
Planujesz życie w kalendarzu. Poniedziałek – francuski, wtorek – pisanie i czytanie, środa – zanieść książki do biblioteki, francuski, zapłacić czynsz, odebrać awizowany list z poczty, posprzątać kuwetę, zrobić obiad do pracy, nakarmić kota, wziąć prysznic. Piątek – piąta rano – obudzić się, pół minuty po piątej – otworzyć oczy. Trzynasta dwadzieścia jeden – uśmiechnąć się do kolegi w pracy, punktualnie! Osiemnasta – wyjść z pracy. Osiemnasta trzydzieści sześć dwanaście sekund – przekręcić klucz w zamku.

Stoisz w progu. W kalendarzu nie zaplanowano zdjęcia płaszcza, zsunięcia butów. W wyobraźni już są zdjęte, stoją pod wieszakiem.
Odebrałam sukienkę od krawcowej, mam sukienkę na studniówkę, choć jeszcze nie wiem, czy pójdę na studniówkę. 
W twoim kalendarzu nie ma miejsca na współczucie, bo kogoś pobito (przedwczoraj), na ubolewanie, że ktoś się rozchorował na wakacjach. Nie ma czasu na płacz, że ktoś nie odpisuje. Brak luki w twoim kalendarzu na pogrzeb, bo pogrzebów się nie planuje. Tylko między dwudziestą dziewiętnaście a dwudziestą dwadzieścia jest trzydzieści sześć sekund na smutek. Sprawiedliwie dzielisz go między wszystkie wydarzenia losowe, dziewięć sekund – zmiana smutku.
Dwadzieścia cztery godziny w autobusie! Jak ja to zniosę? Ale się ekscytuję wyjazdem. Słucham Brahmsa i podskakuję przy nim. Sama, sama, sama! 
Życie ucieka zbyt prędko, by nie planować w kalendarzu takich wydarzeń, jak zbyt wolno ładujące się strony internetowe.
Aplikacja kalendarz jest niedostępna. Proszę, spróbuj później. 

poniedziałek, 9 maja 2016

Kokon

Już nie wiadomo, co jest rzeczywistością, a co przestało być w ogóle. Już nie wiadomo, gdzie kończy się sens, a gdzie zaczyna brak sensu. Nie widać granicy między wyobrażeniem a niewyobrażalnym. Kresem jest maska samochodu, początkiem – światła stopu poprzednika. 

Jedziesz w kokonie drogi, przykryty kurzem. Kamienie przydrożne unoszą się i myślisz: lawina. Przypominają ci się ostatnie chwile przed zaśnięciem, gdy już śpisz, a jeszcze nie zasnąłeś; wtedy mało która rzecz ma to codzienne znaczenie. Droga. Właśnie droga potrafi nadać sens tym chwilom, których nie ma na jawie. 

Dlatego jedziesz. Jedziesz dalej, nieustannie. Pozornie tylko wracasz, bo większość ciebie została na drodze. 


sobota, 23 kwietnia 2016

Chciałbyś wszystko

Chciałbyś umieć opisać te bloki o takich samych balkonach zdobionych drzewkami w doniczkach, wyglądające jak cele, gdy się patrzy na nie z góry. I chciałbyś, by w miejscu stanęły baranki i owieczki chmur płynących nad tymi balkonami. I powstrzymać zachód słońca chciałbyś, żeby dłużej było ciepło. I wiatr zatrzymać chciałbyś lub przynajmniej, by wiał wokół ciebie, a nie na ciebie. I jeszcze, by z kranu leciało piwo, nie woda, lekko schłodzone w taki dzień jak dzisiaj. No, może nawet zimne być, ogrzałbyś je w rękach. A kiełbaski, chciałbyś, by na grillu obracały się same. Chciałbyś mój numer wybierać na telefonie i dzwonić chciałbyś do mnie, bezustannie, i bym odbierała, chciałbyś.


Tymczasem wybierasz numer radio taxi i mówisz do nagranej wiadomości „Nie, nie, nie Żelazna, nie Chłodna i nie Ostatnia”. Na inną ulicę chciałbyś jechać, ale radio taxi proponuje ci wybrać dwie jedynki. „Nie ma, proszę pani, dwóch jedynek na wyświetlonej klawiaturze mojego telefonu. Mam tylko jedną do dyspozycji” – kończysz smutnie. Rozłączasz się i już tylko chciałbyś, by jednak przyjechała po ciebie nocna taksówka pośpieszna, relacji Ty-Ja.

czwartek, 31 marca 2016

Tymczasem nad Wisłą

Idę. Ostrożnie stawiam kroki i tymczasem wiem, dokąd zmierzam. Tymczasem doszłam.

Tymczasem się rozglądam. Widzę dom, w którym mieszkam i widzę rzekę, nad którą się wychowałam. Widziałam ludzi, którzy tymczasem odeszli i nie dobiega mnie nawet odgłos ich rozmów. Czy zamek zbudowali Austriacy, czy może „Galicjanie”? Kim byli „Galicjanie”?, pytają się nawzajem. Nie, nie Austriacy, nie Galicjanie – Sasi, zapada tymczasem decyzja, zamek rozbudowali Sasi, a wcześniej królowie polscy. Sasi, królowie polscy, chciałabym im powiedzieć, ale tymczasem już poszli.

Tymczasem wstaję, idę dalej. Wystygła tymczasem moja kawa. Tymczasem rozkrzyczały się rybitwy, zanim jeszcze wstałam, postraszone przez przygodnego biegacza, tymczasem pani zdążyła zebrać kwiatki, które tamtymczasem wyrosły, tamtym tymczasem – między odmarznięciem ziemi a wiosennymi roztopami. Pies zaś tymczasem kopie dziurę kreta, chyba zeszłoroczną, bo tymczasem krety nie wykopały jeszcze swoich norek.

Tymczasem mieszkam tu, tymczasem mieszkam tam. Ani tu, ani tam, ani nigdzie. Tymczasem – nie ma takiego miejsca, nie ma takiego czasu. Nie ma mnie w takim razie, ale przecież tymczasem jestem. Zawieszona między tu a tam, między było a będzie. Jest. Tymczasem. Jestem.

czwartek, 31 grudnia 2015

Los ostatniej szansy

Ostatniego dnia roku przedzierałam się przez tłum dopingujący uczestników sylwestrowego biegu przebierańców. Choć zdenerwowana uciekającymi minutami ostatniego dnia roku, to śmiałam się z grupy smerfów w niebieskich legginsach. Rozglądałam się po twarzach mijających mnie ludzi, szukałam na ich twarzach tego samego poczucia umykania czegoś, co z pewnością malowało się na mojej twarzy. Po Rynku miotałam się bezradnie, odbijając od ogrodzenia wielkiej sceny z przyległościami przygotowanej na zabawę sylwestrową lub od barierek wytyczających drogę dla śmiesznie przebranych biegaczy. Tymczasem nad nami przelatywał samolot.

Dotarłam w końcu na moją spokojną ulicę, na której prawie przejechał mnie samochód na warszawskich rejestracjach. „Cholera” – zaklęłam pod nosem (znacznie gorzej, gdybyście chcieli wiedzieć) – „Cholera, nawet tu, na Kazimierzu, dopada mnie Warszawa!”. I uciekając przed stołecznym SUV-em, wpadłam na nią.

W ręce ściskała los na loterię i przyglądała mu się bacznie. Dlatego mnie nie zauważyła, skupiona na swoim szczęściu. Lub nieszczęściu. Nie wiem. Szukałam jej historii – zawsze szukam historii w napotkanych ludziach. Tym razem mi się nie udało, dopiero po chwili zrozumiałam, że jej historia jest moją historią, jest twoją historią, jest naszą.

Ostatniego dnia 2015 roku życzę wam wszystkim, byście wykorzystali rok 2016 w pełni. Tak, by ostatniego dnia, za rok, nie martwiły was uciekające chwile i byście nie musieli patrzeć na los na loterii jak na los ostatniej szansy. Szansą jest każdy dzień, każda chwila, każdy z nas jest szansą. A nowe, jasne drogi kuszą. Jutro skuszą!