poniedziałek, 25 maja 2015

Sztandary i zorze

– Wie pani, nie chcemy ludzi, którzy wstają rano i odśpiewują „Czerwony sztandar do góry wznieś”. Nie chcemy jednak także śpiewających o poranku „Kiedy ranne wstają zorze”.
– A pan? Po której stronie pan się opowiada?
– Ja? – pyta, odsuwając się krok ode mnie. Prawie wchodzi na rowery zapięte do stojaka.
– Pytam, z czym pan wstaje, ze sztandarem czy z zorzami?

Milczenie. Rowery stoją dalej. Sztandary dawno opuszczone, a zorze coraz krwawiej wschodzą. 

piątek, 22 maja 2015

...i nie wiem czego jeszcze...

How To Find Success Late In Life
Za kilka dni kończę czterdzieści lat i jeszcze nie zdecydowałam, kim zostanę w przyszłości. I jeszcze nie wiem, co będę robić w życiu. I nie postanowiłam, czego jeszcze się nauczę.

Ale zawsze wiedziałam, że muszę pisać, tylko ciągle mi coś w tym przeszkadzało. Bardzo uprzejmie proszę o te życzenia: „By już nic ci nie przeszkadzało w pisaniu”. I nie wiem, czego jeszcze można mi życzyć. Dziękuję. 

poniedziałek, 30 marca 2015

Muzyka dla ducha

Przesilenie wiosenne jest dla mnie najtrudniejszym okresem w cyklu rocznym. Koniec chłodów, lecz organizm, zimą zmęczony, ciężej przechodzi nawet niewielkie spadki temperatury. Brak świeżych owoców, warzyw – przednówek zastaje nas na łasce cebuli. Słońce grzeje zbyt nieśmiało, więc łykam je w miękkich kapsułkach pełnych witaminy D.

We wszystkich religiach czas przesilenia to czas magiczny, świętowany jako Nauryz, Pascha czy Wielkanoc. Pozwala na przejście ducha z zimy do wiosny. Ze śmierci do życia.

Mnie w tym okresie towarzyszy cisza lub muzyka. Ta, która porusza we mnie wszystko, co najsłabsze i wszystko, co osłabione zimą. Zabija, by ożywić coś nowego.

A Tribbiera, Petru Guelfucci

piątek, 27 marca 2015

Ten moment, gdy nurzam się w popkulturze

Na ekranie Christian Grey pije białe wino z kieliszka, by za moment pochylić się nad Anastasią Steele. Tymczasem ja, równocześnie, nabieram łyk ziółek nasennych z kubka z R2D2, nachylając się nad poduszką. Popkultura w popkulturze. Rzeczywistość vs rzeczywistość. Płyn wobec płynu.

piątek, 20 marca 2015

Niecałkowite zaćmienie

Dopiero gdy zerwały się ptaki, dostrzegła, że zrobiło się wyraźnie ciemniej i chłodniej. Powietrze nabrało grafitowego koloru. Wzburzone dotąd fale uspokoiły się. Ogarnął ją niepokój. Co teraz będzie? Jak długo to potrwa? Rzuciła okiem na uśmiechniętą koleżankę, która cały czas z zadartą głową wpatrywała się w zasłonięte Księżycem Słońce, przysłaniając twarz kartką papieru z dziurką pośrodku. Na plaży stały tysiące ludzi w takiej samej pozycji.

Dopiero gdy wysiadłam z tramwaju, zauważyłam zainteresowanie tłumu zjawiskiem na niebie. W ostrzejszym powietrzu niż kilka chwil wcześniej, miasto i tak wyglądało jakby zasnuła je mgła. Smog nie przepuszczał żadnych innych myśli. W tramwaju ważniejszy był korek i powtarzane pytanie, przeciskające się od tyłu do przodu pojazdu „Dlaczego stoimy?”. Na ulicy zaś, zamiast osłaniać oczy, gapie osłaniali smartfony, przez których ekrany patrzyli na słońce.

– Mam kliszę rentgenowską, może skorzysta pani, by obejrzeć zaćmienie? Za moment będzie maksimum. – usłyszałam propozycję, z której się wymigałam. Nie dlatego, że nie chciałam oglądać zaćmienia przez czyjś kręgosłup czy złamany obojczyk. Chciałam być z zaćmieniem sam na sam, bo tak duże wywierało na mnie wrażenie.


Niecałkowite zaćmienie z 1999 roku przeżyłam w Brighton na plaży  i dzisiaj w Krakowie na ulicy. Na zdjęciu – resztka słońca z 1999 r. puszczona zajączkiem na spodnie koleżanki.

niedziela, 8 marca 2015

Femme de ménage/femme de lettre (8.03)

Odstawiam ostatni talerz na suszarkę, zakręcam wodę, wycieram ręce w ścierkę. Rozglądam się. Czy nie zostało coś jeszcze do umycia. Myślę już o czymś innym. W co ubiorę bohatera następnej sceny i czy jego strój będzie związany z sytuacją. Rozważam, czy bohaterka będzie się awanturowała, czy przyjmie rozwój wydarzeń ze spokojem.

Potem kładę się na łóżku – leżę, wymyślając zakończenia kolejnych wątków – i wiem, że już nigdy z łóżka nie wstanę. Gdy wstaję, wiem, że czas usiąść do pracy, do tabelek. W komórkach wpisuję imiona moich bohaterów, zamiast nazwisk z zestawień. Po tabelkach powieszę pranie, pościelę łóżko, posprzątam cały tydzień. Zapłacę rachunki, w wyobraźni wydając pieniądze odłożone na rozliczenie z elektrownią, na wyjazd nad jezioro. Tak skończy się mój twórczy weekend. Odwrotnie do bohaterki, przyjmę rozwój wydarzeń ze spokojem.

Emily Brontë, Jane Austen, Emily Dickinson, Sylwia Plath, J.K. Rowling, E.L. James i inne! Czy i wy tak miotałyście się między garami a bohaterem?

„Delikatnie”, fot. N. Bryl

Wszystkim kobietom, które godzą pracę zawodową z pracą w domu i z własnymi marzeniami; z podziękowaniem tym kobietom, dzięki którym mogę się miotać, a nie być skazaną na pracę w domu i wewnętrzną emigrację w marzenia. 

niedziela, 22 lutego 2015

Gdy ulicami chodzę... (Kazimierz)

Gdy ulicami chodzę, spaceruję z umarłymi i spaceruję z tymi, którzy jeszcze żyją. I z tymi, których obecność ciągle namacalna, choć dawno ich tu nie ma. Dotykam duchów i gonię za cieniami.

Cień babci I, Cafe Baroque/sklep spożywczy, Plac Nowy 8
Wchodzę i proszę pięć deko drożdży do ciasta. Zza wysokiej lady wygląda sprzedawczyni. Nie patrzę na nią, ale wiem, że ma biały czepek i sznurowane sklepowe buty bez palców i bez pięt. Pyta: „Na pewno pięć deka? Nie pięć piw?” i mówi, że się wygłupiam. Nie patrzę na nią i się nie wygłupiam. Wychodzę. Obok stoi całodobowa grupka amatorów wódki i zakąsek.

Cień babci II, Regionalne Alkohole/sklep spożywczy/żydowski sklepik, ul. Miodowa 28a
To ostatni ratunek, ostatni sklep spożywczy przed domem. Chcę drożdże, a tu szwarcmydło i powidło, dziada z babą brakuje, aksamit na stole i lichtarz na aksamicie, wosk kapie ze świeczek. Za ladą Żyd zapatrzony w światło świecy, żadnych drożdży. „Babciu, dokąd mnie wysłałaś?”– myślę z paniką i wychodzę na palcach, by mnie nie dostrzegł. Pod sklepem kłócę się z kierowcą meleksa, czekającym na zmęczonych turystów.

Wracam do domu, a to przecież już nie dom. Można mieszkać siedemdziesiąt lat w jednym domu, a potem mieszkać gdzie indziej, bo już nie w domu się mieszka. I babci nie ma, drożdży, nie będzie ciasta, a restauracja węgierska za rogiem już zamknięta.

Gdy ulicami Kazimierza chodzę, gonię cienie i dotykam duchów. Tłum tu większy, bo przeciskać trzeba się między przedwojennymi mieszkańcami i tymi niemodnymi mieszkańcami, którzy opuścili zbyt modną dzielnicę. Mieszkam na Kazimierzu: mam sąsiadów na zamkniętych osiedlach przy granicach Krakowa i mam sąsiadów na żydowskich cmentarzach.

Próbuję na Kazimierzu utrzymać moje metry kwadratowe. Próbuję zmieścić się tam, gdzie najtłoczniej.