czwartek, 29 czerwca 2023

Życie jako usługa – abonament na życie

W dużym mieście żył sobie spokojnie pewien facet. Gdy rano wychodził do pracy, brał albo samochód, albo hulajnogę na minuty – miał na nie abonament. W drodze słuchał radia, także z abonamentu, albo puszczał muzykę streamowaną z jednego z serwisów muzycznych w abonamencie (miał trzy, najpopularniejsze). Po pracy siadał w domu i czytał abonowane media. Czasem oglądał filmy w różnych serwisach streamingowych, za które także płacił miesięczne abonamenty. Miał nawet takie serwisy filmowe, których oficjalnie w jego kraju nie było, ale abonował dostęp do specjalnego VPN, umożliwiającego mu dostęp do nich. Stwierdziwszy, że prowadzi siedzący tryb życia, zaabonował dostęp do siłowni, trenera osobistego i, na wszelki wypadek, dodatkowo fizjoterapeuty, gdyby coś poszło nie tak.

Część usług opłacał co miesiąc, ale niektóre okazywały się znacznie tańsze, jeśli zapłacił z góry za rok, dwa–trzy lata, a niekiedy nawet za pięć. Na przykład abonament papierowego wydania czołowego miesięcznika amerykańskiego dla intelektualistów wychodził po parę groszy za numer, przy opłacie z góry na właśnie pięć lat. A do tego wysyłka była wtedy za darmo. Za darmo! 

Podpisał umowę na abonament na telefon i internet (dwuletnia umowa, ale opłaty rozłożono na kolejne miesiące). Zlecił dowożenie diety pudełkowej, która najtaniej wychodziła na umowę roczną, ale płatności można było rozłożyć kwartalnie. Kwartalnie też opłacał abonament na gaz i prąd, bo dostawcy także przeszli na system abonamentowy. 

W pracy ryczałtowo pobierano mu co miesiąc zaliczkę na podatki, których roczne rozliczenie zlecił, w abonamencie, księgowej. To ona mu zresztą wyliczyła, że może jeszcze swobodnie w abonamencie wziąć serwis do nauki języków (rocznie, w grupie „rodzinnej”, najtaniej), a od podatków będzie mógł sobie odliczyć abonament na internet. Nie zdecydował się, bo nie miał rodziny. 

Jego życie przypominało bajkę. Wszystko układało się tak pięknie. Miał całe życie w abonamencie i właśnie wtedy stracił pracę. 

Pierwszy miesiąc po zakończeniu okresu wypowiedzenia był jeszcze całkiem fajny, bo większość usług ciągle obowiązywała, 30 dni po wygaśnięciu umowy. Ale nagle 31 tego miesiąca poczuł się gorzej i na swoim smartfonie wybrał aplikację, która dawała mu dostęp do abonowanych usług lekarskich. „Twój abonament wygasł 30. dnia tego miesiąca” – taki komunikat przeczytał. Pech chciał, że ten miesiąc miał 31 dni, nie 30. Poczuł się jeszcze gorzej i pomyślał, że to może ten siedzący tryb życia. Wybrał się na siłownię, gdzie elektroniczna bramka nie przepuściła go na wejściu. Był jak ten kierowca auta tarasującego wyjazd z podziemnego parkingu, bo zapomniał, że opłatę za postój trzeba uregulować na parterze centrum handlowego, a nie trzy poziomy niżej. Przepraszał wszystkich stojących w kolejce, wycofując się z pochyloną głową, mamrocząc coś w rodzaju: „Słabe połączenie internetowe, chyba sieć winna, że nie mogę się zalogować do klubu”. 

Ale nie była to wina żelbetowych ścian, bo naprawdę wykonano je z regipsowu, tylko pomalowano, żeby udawały industralny look. Jego telefon milczał, bo także i abonament na teleusługi się skończył. Nie odczytał już wiadomości od fizjoterapeuty, że będzie mógł się z nim skontaktować po opłaceniu kolejnego okresu rozliczeniowego. 

Siedział w ciemnym i zimnym domu i zastanawiał się, co poszło nie tak. W którymś momencie ewidentnie przestał żyć, skończył się jego abonament na życie. Nie stać go było już na „LaaS” – Life-as-a-Service, życie jako usługę. 

Siedział w domu i zastanawiał się, czy – i w jaki sposób! – odnowić swoje samodzielne życie, standalone life. Na progu piętrzyły się groszowe numery czołowego amerykańskiego miesięcznika dla intelektualistów, ostatnie świadectwo tego, jak żyć na abonamencie. 

czwartek, 22 czerwca 2023

Ulubione (nie moje)

– Wpadłam tylko po to, by powiedzieć ci, że masz przepiękną sukienkę, zmykam, pa pa!

Wyszła, starannie zamykając za sobą drzwi. Nie usłyszała podziękowań od właścicielki sukienki. 

– Stara już, stara ta sukienka, z rok już pewnie ma, kupiona „pod Halą” u mojej pani. Chodzę tam często do niej – zwróciła się do mnie, jedynej pozostałej słuchaczki, zamiast do drzwi – i wyszukuję sobie różne fajne ciuchy. Ma stragan na końcu, tam, gdzie kończą się warzywa, na końcu, patrząc od lodowiska. Na przedzie wyłożone są sweterki, takie dla pań, pani rozumie, niezbyt zachęcające, ale z tyłu... Jak się wejdzie w głąb, to jest bardzo dużo fajnych, bardzo stylowych ciuchów. Właścicielka ma zawsze pojedyncze ciuchy, najwyżej w dwóch rozmiarach, niedużo tego. Z Włoch sprowadza i nasze polskie też ma, super rzeczy. Mnie już dobrze zna i wie, czego szukam. Jak mnie widzi, od razu wyciąga coś, co mi się spodoba. Na wesele ostatnio kupiłam tam sukienkę i na wyjścia różne kupuję, a przede wszystkim takie codzienne rzeczy. Pani też ma takie swoje ulubione miejsca? 

Milczę. Zastanawiam się. Ona kontynuuje. 

– Zresztą tu, za rogiem, też mam taki ulubiony sklep. Nie warto się sugerować, jak się prezentuje na zewnątrz, bo to zupełnie nie mój styl. W środku za to można znaleźć takie firmy skandynawskie, których w ogóle nie znałam, a świetnie się je nosi. Po trzydzieści, po pięćdziesiąt złotych da się coś fajnego znaleźć. 

Zerknęła na zegarek.

– Lecę – z przestrachem oznajmiła. Zgasiła papierosa i uciekła z ogródka, zostawiając mnie przy sąsiednim stoliku w zdumieniu i w zastanowieniu, czy też mam takie ulubione miejsca do kupowania ciuchów. 



czwartek, 15 czerwca 2023

Uzależnienie od wolności (wykoszą nas)

Uczynić kogoś zależnym od siebie, czyli odebrać mu wolność. Zabrać to, co najcenniejsze w naszej części świata. Wiadomo, Polak – wolność, dwa bratanki – do użalania i do popychanki. 

A czy można być uzależnionym od wolności? 

Wyjechałam sobie na wieś spokojną, wesołą, siadłam pod lipą i usłyszałam, jak sąsiad włącza kosiarkę. Spoko, piątek, pomyślałam, przekosi i skończy. Następnego dnia rano obudził mnie świergot ptaków, który jednak szybko zastąpiło donośne „kukuryku” drugiej kosiarki. Kukusiarka. Spoko, skończy, jak przekosi – ten drugi, oczywiście, bo ten pierwszy już odpoczywał i pewnie tak samo jak mnie, w sobotni poranek, szlag go trafiał, że ktoś kosi. 


Wolnoć Tomku w swoim domku, ale i nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe, chyba że to zamach na naszą osobistą wolność. Tego piątkowego sąsiada, tego sobotniego sąsiada i Tomka. Wolność w Polsce, otóż, zdobywa się wyłącznie przez uzależnienie kogoś od siebie. Oczywiście nie tak, że ten sobotni sąsiad tęskni za piątkowym sąsiadem i jego warkotem elektrycznej kosiarki i, odwrotnie, piątkowy o niczym innym nie marzy, tylko o warkocie spalinówki sobotniego sąsiada. To nie jest takie uzależnienie, jak niektórych od cukru. To czynienie sobie podporządkowanymi innych ludzi, bo moja wolność to podporządkowanie sobie innych. 

A tymczasem wolność – zarówno moją, jak i wspólnoty – uzyskuje się dzięki podporządkowywaniu siebie, nie innych. Jak to, wolność przez podporządkowanie się? Już Oświeceni widzieli, że wolność jednostki kończy się tam, gdzie zaczyna się dobro ogółu. Już pozytywiści wiedzieli, że praca u podstaw może wykrzesać społeczeństwo, które w XX wieku nazwano obywatelskim. Obywatelskim, zresztą, w tym samym kontekście, co francuskie oświeceniowe citoyenneté. Jestem obywatelką, jestem odpowiedzialna nie tylko za mój kandydowski ogródek, ale i za to, by ogródki moich sąsiadów kwitły. 

Tymczasem mój ogródek musi być koszony wtedy, kiedy ja tego zachcę... To zresztą jeden z powodów, dla których nie mogłabym mieszkać na wsi lub na przedmieściu. Moja Wspólnota mieszkaniowa kosi raz na kwartał (czy jakoś tak), natomiast na osiedlu domków, obojętne – wiejskich czy przedmiejskich – każdy kosi, kiedy mu pasi. Każdy jeden taki Tomek w swoim domku. 

Kiedyś chwilę dłuższą spędziłam na wsi niemieckiej – nie tylko niemieckiej, ale i bawarskiej (!). W takiej prawdziwej alpejskiej wiosce. Kosić głośnymi urządzeniami można było tylko w wyznaczone dni tygodnia, a i w te dni – tylko w wyznaczonych godzinach. Sobota 8 rano odpadała. Poniedziałek 8 rano zresztą też (o tej godzinie kosiarki wysłane przez moją Wspólnotę wjeżdżają na osiedle; dla mnie to niemal jak westernowy atak jakiejś bandy na hacjendę, o świcie). 

No dobra, użalam się, jak prawdziwa Polka. Te dwie, może trzy godziny koszenia w piątek i w sobotę mi nieco zaszkodziły. Ale jak inaczej budować świadomość po pierwsze polegania na sobie, a po drugie wspólnoty? Ja wiem, że on wie, że on wie, że ja wiem, że się kosi wtedy, kiedy pasuje to wspólnocie... Inaczej się wykosimy. A nawet wykaszamy. 

piątek, 9 czerwca 2023

Lokalnie, czyli na piechotę

Lubię chodzić. Iść na piechty, jak mawiała moja babcia. Na nogach – jak zwierzę – zatchnąłby się klasyk. A ja po prostu lubię chodzić – bliżej, dalej, po coś, po nic, dokądś, donikąd, z kimś, sama. Jeśli nie chodzę, to jadę rowerem, ale nie o rowerach tu będzie. 

Chodzenie ma jedną wadę i same zalety. Pochłania mianowicie bardzo dużo czasu. Po namyśle i napisaniu tych słów uznaję, że jest to jednak zaleta. Lubię więc iść, bez względu na to, ile to czasu zajmuje. Poza tym chodzenie jest zdrowe, sprzyja rozmyślaniu, można, idąc, słuchać książek lub ciekawych podcastów, można słuchać muzyki i iść w jej rytmu lub wbrew jej rytmowi, można też nie słuchać niczego, poza biciem własnego serca lub stukaniem obcasów o bruk.

Największą zaletą chodzenia jest jednak to, że chodzenie jest lokalne. Kiedyś mieszkałam na warszawskim Dolnym Mokotowie, „w centrum” – jak mi powiedziano. Jako krakowianka, przyzwyczajona, że centrum przemyka się na piechotę, wybrałam się tym sposobem z pracy – przy Placu Zamkowym – do domu. Po godzinie siadłam na ławce w Łazienkach, zmęczona, spocona, mając jeszcze cały park do przejścia, a jednocześnie szczęśliwa, że tyle przeszłam i jeszcze tyle drogi przede mną. Tego dnia zrozumiałam, że definicja „centrum” zależy od miasta i że w Warszawie do pracy raczej nie chodzi się na nogach, bo chodzenie jest lokalne.

Jeśli się założy, że wszystko, co powinno być potrzebne do życia, powinno również być w zasięgu nóg, świat staje się prostszy. Zaczynając od pracy: przejście z sypialni do biura zajmuje mi jakieś pięć sekund – bo pracuję zdalnie i komputer jest w sąsiednim pokoju. To, oczywiście, duże ułatwienie, nie każdy może sobie na to pozwolić, ale myślę, może naiwnie, że w tym kierunku, w wielu zawodach, zmierza świat. Jeszcze zresztą niedawno chodziłam do pracy, która po krótkiej analizie tras tramwajów okazała się położona bliżej na piechotę niż krakowskim zbiorkomem, a jeszcze bliżej na rowerze. To właśnie częściowo dzięki tej pracy pojawił się w naszej rodzinie nowy rower, e-Gazelle, i właśnie dlatego częściej jeżdżę, niż chodzę w ostatnich latach. 

Zakupy? Robię lokalnie: w sklepie niewielkopowierzchniowym za rogiem, a warzywa i owoce na stoisku nieopodal, zresztą tuż obok najbliższego przystanku tramwajowego. Znam całą obsługę, znam ich powtarzane wielokrotnie dowcipy i anegdoty, widzę, kiedy są w gorszym nastroju i pytam, czy wszystko w porządku i czy jakoś mogę wspomóc. To sklep sieciowy, a jednak jakiś taki... bliski. Lokalny. Aż dziw bierze, że nie można w nim kupować „na zeszyt”, bo taką mamy komitywę z państwem z obsługi, żeby gdyby zdarzyło mi się przyjść bez pieniędzy/bez karty, to mogłabym zapłacić „jutro”. No, niestety, nie mogę... Sieciówka to coś innego niż rodzinne sklepiki z mojego dzieciństwa. 

Lokalnie, na piechotę, chciałabym też chodzić po dobry chleb, ale, niestety, tego dobra w zasięgu moich nóg i możliwości czasowych nie ma. Jeździmy więc rowerem na starą „dzielnię” do piekarni, którą lubię od wielu, wielu lat, tradycyjnej, ciągle nieuginającej się potrzebom nowych ludzi. Żytni, żytni razowy i przede wszystkim fenomenalne sztangielki to podstawa naszego chlebożerstwa. Szczęśliwie znakomite lody mam za rogiem i bardzo często idę na nie piechotką albo wracając rowerem z bliższych czy dalszych wypraw, zajeżdżam. Nie muszę nawet mówić, jakie smaki zamawiam, bo „Pan od lodów” wszystkie moje ulubione smaki zna doskonale i potrafi je sam komponować dla mnie. 

Moje potrzeby ruchu zaspokajają dla mnie bulwary nadwiślańskie, które przemierzam na kijkach albo biegiem, a jeśli wyrośnie we mnie bardziej wyrafinowane pragnienie sportu, to lokalny klub gimnastyczny jest położony w odległości mniej niż kwadransa szybkim marszem. Basen całkiem niedawno wybudowano specjalnie dla mnie – odbieram to personalnie – trzeba „aż” przejść przez ulicę. Nawet na rower nie opłaca się wsiadać... Ale z „lokalnością” jest tak jak z definicją „centrum”: do pięciu przystanków jestem nadal na „mojej dzielni”, nadal jestem „lokalnie”.  


Gdy zapragnę wyjść do restauracji, mogę wybrać się do bistro niemal za rogiem – spacer dziesięciominutowy. Manicure i pedicure zrobię w odległości 5 minut od domu. Po przejściu niecałych 30 minut leniwym krokiem po bulwarach – lub przejeździe 7-minutowym plus zapięcie roweru – odwiedzę lekarza i dam sobie pobrać krew, która – uwierzcie mi! – po takim spacerze czy przejażdżce znacznie lepiej spływa do fiolek. A gdybyście wiedzieli, jak rośnie ciśnienie po lekkim wysiłku fizycznym w drodze do przychodni... Oh là là, zabroniono mi je nawet mierzyć od razu, kazano odczekać przynajmniej chwilę.

Dobra kultury? Księgarnię mam w internecie, a na koncerty czy do opery, no cóż, jadę rowerem lub tramwajem – nie można mieć lokalnie wszystkiego, choć „opera w każdej dzielnicy” brzmi jak miłe moim uszom hasło wyborcze. Moim lokalnym kinem jest spory multiplex, co poradzę na to, że poza tzw. ścisłym centrum nie ma kin studyjnych?

Tu jest chyba jedyny zgrzyt. Założenie, że poza centrum niektóre towary i usługi nie mają sensu.

Oceniam więc dostępność towarów i usług w minutach na nogach. Dobra – lokalna – odległość to kwadrans. Pół godziny jest akceptowalne. Pewnie, wzruszycie ramionami, samochodem pokonałabym tę trasę w pięć minut. A co jeśli deszcz pada? Olaboga! Wtedy moknę – jak zwierzę, by znowu przywołać klasyka, lub rozkładam parasol i mam deszcz także w nogach. A nawet czasem w butach. I co z tego?

Chodzenie ma wiele zalet i jedną wadę – jednak stwierdzam po napisaniu tego wszystkiego. Zbyt wiele przy chodzeniu się rozmyśla. Książka czasem mi ucieka, tracę wątek, bo rozkładam w myślach to, co ostatnio się wydarzyło lub to, nad czym w tej chwili pracuję. Czy dochodzę dokądś? Albo: czy dochodzę do czegoś? Nie wiem. W chodzeniu nie chodzi o to, by dojść, ale by iść.

Idźcie!

środa, 15 lipca 2020

Nie, nie, nie

Uciekłam dzisiaj z placu zabaw. Uciekłam, choć zaledwie pół godziny bawiło się moje dziecko, tuptało sobie radośnie po trawie i po piasku, koło huśtawek (ostrożnie, króliczku) i koło postawionych byle gdzie i byle jak wózków. Uciekłam, bo przez pół godziny dopadło mnie więcej negatywnych emocji niż przez ostatnie pół roku.

Nie idź tam! Nie płacz! Nie krzycz! Nie bierz! Nie dawaj! Nie odbieraj! Nie syp! Nie rzucaj! Nie wspinaj się! Nie odbiegaj! Nie oddalaj się!

W kółko tylko „nie” i „nie”.

Nie bądź! – chciałabym im wszystkim powiedzieć. To są podobno dzieci „ukochane”, „wyczekane”, „wytęsknione”, „wymarzone”. Pozwólcie im sypać, oddalać się, dawać, odbierać, rzucać, pozwólcie im być. A jeśli naprawdę oddalają się, to idźcie za nimi, jeśli sypią, pokażcie im, że można nie sypać.

Pozwólcie im krzyczeć, przecież od tego jest się dzieckiem, żeby krzyczeć. Jako dorosły trzeba się zapisywać na specjalne warsztaty krzyku, o ile nie wykrzyczało się choć trochę w dzieciństwie.

Uciekliśmy więc stamtąd z moim dzieckiem, z moim dzieckiem, które do każdego się śmieje i każdego zaczepia. Nikt się do niego nie uśmiechnął. To się ja uśmiechnęłam do dziecka i uciekliśmy.


niedziela, 17 listopada 2019

Czy katarek ma gender?

Ostatnio o gender tak wiele się mówi, że „niewiadomoco” i tak dalej, wiadomo, co się mówi. Dziś sama usłyszałam od dwóch osób niezależnie, że „mam pociechę”, bo „nie wiadomo, czy to chłopczyk, czy dziewczynka” oraz „trudno powiedzieć jeszcze, czy to dziewczyna, czy chłopczyk, na tym etapie rozwoju”.

Moja pociecha ma prawie pół roku i nieco ponad siedem kilogramów. Sześćdziesiąt trzy centymetry syna. No właśnie, bo to syn, warto zdradzić niespodziankę tym, którzy nie wiedzą. Czasem, jak się uśmiechnie – sama nie wiem, czy drwiąco, czy szyderczo, ironicznie, lekko półgębkiem – wygląda jak taki dziewiętnastowieczny gazeciarz z ulic dużego miasta, lekko bezczelny i na pewno gotów odpyskować szyderczo. Taki to typ, przynajmniej dla mnie, ikonograficzny.

Bo są takie typy: niektóre kobiety na przykład wyglądają jak matkiboskie, niektórzy mężczyźni jak drwale, bynajmniej nie metroseksualni, a mój syn wygląda jak gazeciarz. Takie miny robi. Dlatego też wiem, że wygląda jak chłopak, bo w XIX wieku dziewczynki mogły pracować w fabrykach, ale gazet nie roznosiły. Może się mylę, może roznosiły. Nawet, oczywiście, mam nadzieję, że się mylę.

Wygląda więc jak chłopak, ten syn mój, wiadomo więc, że to chłopak, tak w uproszczeniu. Ludzie zaś mówią, że muszą po kocyku poznać („chłopak, bo błękitny ma kocyk”). Pewnie, łatwiej kolorom nadać gender niż o dziecku powiedzieć, że wygląda jak gazeciarz.
Gorzej, jeśli takie kilkumiesięczne dziecko ma katarek. Wiecie, co to znaczy? Dziecko nie może oddychać, nocą budzi odgłos duszenia się. Dziecko z katarkiem jest bardzo biedne. Nie umie jeszcze samo ani wciągnąć gluta, ani wysmarkać. Męczy się tak długo, aż dorosły zdecyduje się na odsysanie katarku odkurzaczem. Trzeba to regularnie powtarzać, bo inaczej dziecko będzie się znowu męczyć, będzie w kółko marudzić, płakać, nie zaśnie...

Moje dziecko też tak się męczyło. Marudziło, płakało, nie mogło zasnąć. Wtedy usłyszałam, że moje dziecko, to prawdziwy mężczyzna, umiera na katarek. Moje dziecko, po którego wyglądzie ludzie nie widzą, czy to chłopiec, czy dziewczynka. Moje dziecko, które nie ma jeszcze pół roku i jeszcze nie ma świadomości, że można być dziewczynką lub chłopcem. Katarek mojego dziecka jest zdecydowanie męski.

Sprzeciwiam się genderyzacji katarku niemowlęcego. Twierdzenie, że dziecięcy katarek jest objawem prawdziwej męskości czyjegokolwiek syna, świadczy wyłącznie o twierdzącym. Dziewczynka, niby, nie może umierać na katarek? I gdybym miała dziewczynkę, nie chłopczyka, to jej cierpienie związane z obecnością katarku w nosie świadczyłoby o... No właśnie, o czym? Że ma muchy w nosie?

Uważajcie więc, co mówicie o niemowlętach i do niemowląt. Zwłaszcza, gdy uwrażliwieni na gender rodzice słuchają.

niedziela, 28 kwietnia 2019

Meine erste Banane

W listopadzie 1989 r. na okładce magazynu młodzieżowego zachodnioniemieckiego „Titanic” znalazła się niejaka Gaby (17), trzymająca w ręce obranego ogórka naśladującego banana. Napis brzmiał „Meine erste Banane”, czyli „Mój pierwszy banan”.

Błyskawicznie po RFN (historia działa się jeszcze przed zjednoczeniem!) rozlały się parodiujące tę okładkę plakaty na ulicach z napisami „Daj Gaby jej pierwszego banana” albo „Banan = szczęście”, „Zbieramy na banany dla Gaby” itd. Nie mogę ich odnaleźć w sieci, ale widziałam kilka takich produkcji pośród prywatnych pamiątek zachodnioniemieckiej młodzieży tamtego czasu.

Co ludzie mają z bananami, że stały się symbolem luksusu, że kojarzą się z... No, z czym ci się kojarzy banan, odpowiedz sobie w myślach?.

Złośliwością wyjaśniam sobie odpowiedź zachodniej młodzieży niemieckiej na wschodnią Gaby i jej pragnienie banana. A może to były obawy przed zalewem zachodnich landów przez wschodnią młodzież, niewiedzącą nawet, co to banan? A może jeszcze coś innego?

Mnie się jeszcze plącze w pamięci przejazd naszego szkolnego chóru z RFN do Polski z przystankiem w Eisenach, w NRD, gdzie urodził się Jan Sebastian Bach, pewnie w 1987, może 1988 roku. W tymże Eisenach guzik mnie Bach interesował. Nasze opiekunki-nauczycielki wypuściły się do sklepu, nas zmuszając do oglądania Domu Bacha z zewnątrz (bo na bilety nikt nie miał ani kasy, ani czasu, bo w sumie po co dzieci ze szkoły muzycznej z Krakowa miałyby zwiedzać Dom Bacha). A my, sprytnie, podążyłyśmy za nimi. Enerdowski sklep okazał się rajem dla wczesnych nastolatków: zeszyty szkolne z białymi (!) kartkami w linie (w PRL kartki w zeszytach były szarawe) i czerwonymi okładkami, kolorowe ołówki, a nade wszystko cytryny... Dojrzałe, piękne, dorodne cytryny. Kupiłyśmy z koleżanką Lawendą kilogram cytryn na spółkę i następnie wgryzałyśmy się w nie bez ani jednego skrzywienia na twarzy.

Po co mi te cytryny. Ano po to, że jakoś pomarańcze czy cytryny, czy nawet grejfruty obecne w sztuce od dawna, symbolizujące obfitość, dojrzałość, a metaforycznie sprowadzające myśli ku kobiecym piersiom, jakoś ani tzw. ministrowi kultury, ani tzw. dyrektorowi muzeum nie przeszkadzają. Jak w stereotypach o samcach: siedzą sobie gdzieś w kąciku i patrząc na te pomarańcze, cytryny czy nawet grejfruty, robią sobie... fuj. Banan, który z kolei kojarzy się z męskością, a u Natalii LL został ujarzmiony (przez kobietę – specjalnie małymi literami, żeby nikt nie dojrzał i na mnie nie doniósł), ma sobie iść precz z muzeum, a o taką „Pomarańczarkę” walczyła cała Polska! Czyż nie można jej w tym kontekście interpretować jako smutek starej kobiety za utraconą młodością, symbolizowaną przez dorodne pomarańcze? No dobrze, żartuję, ale tylko trochę.

Po raz kolejny mamy więc do czynienia z próbą powstrzymania kobiecej siły albo, inaczej, kobiecej władzy nad męskim elementem. Tak samo stało się z Gaby, która w swoim enerdowskim świecie nie mogła epatować luksusowym towarem – bananem – operowała więc przaśnym, swojskim ogórkiem. Dobrzy młodzi zachodni Niemcy zaś chcieli się zrzucić na banana, by jej potrzeby nabrały wymiaru luksusowego, zachodnioniemieckiego.

Wymyślam sobie, ale, zupełnie szczerze, to mi się chce rzygać na myśl o decydentach, którzy wyłącznie za pomocą zakazów chcą bronić swoich pozycji. Zamiast edukować – usuwają to, co im się wydaje, że im bezpośrednio zagraża, posługując się na dodatek niewyedukowaną matką. Zamiast propagować pluralizm myśli, chcą nas wszystkich sprowadzić do jednego formatu, obojętne czy koła, czy kwadratu, bo jak zwał, tak zwał – format ma być jeden. A jak już kiedyś pisałam, ludzie są tak jak frytki – różni.


Tu można przeczytać (po niemiecku) historię Gaby po dwudziestu latach od okładki.